Archiwa autora 'Grudzień, 2008'

Rucu Pichincha – 4.700 m n.p.m.

Ekwadorczycy nie obchodzą Wigilii tak uroczyście jak my. W hostelu, w którym mieszkamy zauważyliśmy, iż cała rodzina zebrała się dopiero późnym wieczorem na wręczanie sobie prezentów, nie było wcześnie wspólnego posiłku tak jak ma to miejsce w Polsce. Natomiast przez kolejne dwa dni trwały odwiedzimy bliskich i przyjaciół. Tutaj w okresie świątecznym sklepy są otwarte, a ruch na ulicach jest większy niż w zwykłe dni – tak jakby każdy chciał nadrobić wszystko to, na co normalnie nie ma czasu – wesołe miasteczko, lody, wspólna wycieczka. Oczywiście wszyscy są odświętnie ubrani.
W pierwszy dzień świat wybraliśmy się z samego rana zobaczyć krater wulkanu Pululahua. Wulkan zapadł się tworząc piękną, ogromną, zieloną dolinę otoczoną górami.

Pululahua

W drugi dzień świat wdrapaliśmy się na Rucu Pichincha – 4.700 m n.p.m.!!! Kolejką – teleferiQo wjechaliśmy na Cruz Loma – 4.100 m, a następnie przez 3 godziny wspinaliśmy się na szczyt. Pogoda nie do końca nam się udała, ponieważ były chmury i na szczycie nic nie widzieliśmy. Za to po drodze czasami się przejaśniało i mogliśmy podziwiać widoki. Podobał nam się szlak, początkowo wśród wysokich traw – trochę jak w Bieszczadach na połoninach, później bardziej skalisty. Na takiej wysokości człowiek szybciej się męczymy i czasami ciężko złapać oddech.

Rucu Pichincha

Wczoraj byliśmy w Otavalo, miejscowości położonej na północ od Quito. W każdą sobotę to małe miasteczko zamienia się w ogromny targ, gdzie każda ulicę wypełniają stragany. Jest tu wszystko – owoce, zwierzęta, a przede wszystkim pełno lokalnych tkanin, ubrań i biżuterii.

Otavalo

Otavalo

Po południu wracamy do Quito, ulice są puste – już po świętach…

truskawki w Quito

Pobudka rano, przesiadka w Panama City i jesteśmy w Ameryce Południowej. Już z okna taksówki widzieliśmy, że Quito nam się spodoba; położone malowniczo w andyjskiej dolinie zapiera dech w piersiach (nie tylko ze względu na wysokość na jakiej się znajduje – 2850 m n.p.m.).
Dzisiaj od rana chodzimy, podziwiamy i podpatrujemy. Kolejki w sklepach, tłumy na ulicach, ładnie przyozdobione szopki w kościołach – jednym słowem święta już tuż tuż. Prawie jak w Polsce, tylko dużo cieplej, no i mają truskawki w grudniu :-)

Christmas queue

Quito

Jutro Wigilia, więc pójdziemy na targ zjeść świeża rybkę (chociaż pewnie karpia nie znajdziemy, barszczu z uszkami też nie będzie). Szkoda, że nie można przenieść się do domu i spędzić ten czas z rodziną.
Życzymy wszystkim Wesołych Świat!

Rincón de La Vieja – Kostaryka

Nie mieliśmy zamiaru zwiedzać Kostaryki, ale skoro i tak lecimy z San Jose to postanowiliśmy zobaczyć przynajmniej jeden z wielu parków narodowych, z których słynie Kostaryka. Wybraliśmy taki po drodze z granicy do San Jose – miasteczko Liberia i znajdujący się obok park Rincón de La Vieja. Jak się okazało zarówno miasteczko jak i park godne są polecenia.

Lights of Liberia

"Rincón de La Vieja"

na południu Nikaragui

W czwartek dotarliśmy na wyspę Ometepe, która znajduje się nad Lago de Nicaragua. Tworzą ją dwa wulkanu (Concepción i Madera) połączone wąskim przesmykiem – z daleka robi to niesamowite wrażenie. My wybraliśmy się do małej miejscowości Merida; będąc tam ma się wrażenie, że czas się zatrzymał. Mieszkający tam ludzie wiodą proste życie. Mieszkają w murowanych domkach krytych blachą (jeden z podstawowych składników budowlanych), często pośród plantacji bananowców. Kupują świeże ryby u sąsiada wracającego rano z połowu. Kobiety przedpołudniem piorą w jeziorze, a pod wieczór wszyscy się w nim kąpią i myją. Przez wyspę przejeżdżają 3 autobusy dziennie, rzadko też pojawia się jakikolwiek samochód. Podstawowym środkiem lokomocji jest rower.

Isla de Ometepe

Teraz jesteśmy w San Juan del Sur nad Pacyfikiem. Samo miasteczko nie jest szczególne, ale plaże położone na północ od niego – Madera, Mathilda i Majagual – są przepiękne – długie, piaszczyste i praktycznie bezludne.

Playa Majagual

Granada

Od paru dni jesteśmy w Granadzie, położonej nad Lago de Nicaragua. Kolonialne domy, zabytkowe kościoły, kolorowe uliczki i zacienione parki sprawiają, że miasto jest wymarzonym miejscem do obserwacji codziennego życia. Nasz hotel mieści się w ponad stuletnim budynku, zaraz obok targu. Tam oprócz ubrań, owoców i kosmetyków, można kupić kury, naprawić buty albo zegarek, wymienić walutę u cambistas – mężczyzn sugestywnie machającymi grubymi plikami banknotów (kurs mają lepszy niż w banku).

Granada

Granada

Dzisiaj byliśmy świadkami Pierwszej Komunii Świętej. Dziewczynki wystrojone w białe sukienki i lakierki, chłopcy w garniturach i rękawiczkach, wszyscy z radością rozpakowywali przed kościołem drobne prezentu, które otrzymali. Jak się okazało komunię obchodzi się tu w grudniu.

Granada

Wczoraj wybraliśmy się na krótką wycieczkę łódką wokół małych wysepek położonych na Lago de Nicaragua – Las Isletas. Większość z nich należy do bogatych elit ze stolicy lub też do obcokrajowców. Nam jednak najbardziej podobały się te niezamieszkałe, porośnięte bujną roślinnością.

volcano boarding

W piątkowe popołudnie wybraliśmy się na wycieczkę na wulkan Cerro Negro. Jest to najmłodszy wulkan w tym regionie – jedyne 150 lat i nieco ponad 900 m.n.p.m. – niemowlę; ostatnia erupcja była w 1999 r. Po godzinie jazdy jeepem (ściśnięci na pace z innymi backpakersami) i kolejnej godzinie podchodzenia byliśmy na szczycie. Po kilku minutach podziwiania widoków nastąpił punkt kulminacyjny wyjazdu, czyli zjazd na deskach, które musieliśmy sami wtachać na górę, po zboczu wulkanu. Muszę przyznać, że zbocze było naprawdę strome, niektórzy z niepokojem w oczach spoglądali na nie. Ubrani w pomarańczowe kombinezony i gogle zjechaliśmy i chociaż nie udało nam się pobić rekordu prędkości, który wynosi 77 km/h to było rewelacyjnie.

volcano boarding

Sobota – upał niesamowity, więc z samego rana wybieramy się na plażę – tym razem nad Pacyfik.
Jeszcze jeden dzień w León a później ruszamy dalej.

Las Penitas

coraz bliżej święta

Tutaj też się to czuje. Na ulicach sprzedawcy sprzedają różnokolorowe ozdoby choinkowe, kasjerki w supermarketach mają czapeczki św. Mikołaja, no i oczywiście są też choinki – niestety tylko sztuczne.

Christmas time

Christmas time

A my jesteśmy już w Nikaragui, w mieście Leon. Ostatnie parę dni upłynęło nam na przemieszczaniu się. Najciekawszym momentem było przekraczanie granicy między Hondurasem a Nikaraguą. Autobus po stronie Hondurasu wysadził nas ok. 200 metrów przed punktem kontrolnym, także granicę przekroczyliśmy na piechotę, idąc szeroką dwupasmową asfaltówką. Sama granica wydała nam się dość odludnym miejscem, było południe, skwar i życie tam jakby wymarło. Po stronie nikaraguańskiej chcieliśmy złapać jakiś autobus, ale żaden nie kursował. Na szczęście były taksówki, także zapakowaliśmy się w piątkę (z przypadkowymi tubylcami) do jednej, tak aby zmniejszyć koszt podróży i ruszyliśmy dalej, w głąb Nikaragui. Wraz z uciekającymi kilometrami zmieniał się krajobraz – zamiast zielonych gór pojawiły się suche, równinne tereny, nad którymi górują stożki wulkanów – a jest ich tu sporo.
Leon jest urocze; tętni życiem. Tutejszy targ jest tuż obok katedry, tam najwięcej można zaobserwować – sprzedawcy owoców, ozdób choinkowych, stragany z jedzeniem, sprzedawcy lodów – lód skrobie się z dużej bryły zwykłego lodu zrobionego z wody i polewa słodką polewą.
Jutro jest już 6 grudnia – Mikołaj. Ciekawe czy nas tu znajdzie? :-)

P.S. aby zobaczyć więcej zdjęć kliknij w zdjęcie lub wejdź TUTAJ

żar tropików

Na wyspie Roatan jesteśmy już od czterech dni. Wyspa rozleniwia – im dłużej tu jesteśmy tym bardziej nie chce nam się jej opuszczać. Gdy tu płynęliśmy była ulewa i cały czas zastanawialiśmy się czy warto – jest to najdroższe miejsce w cały Hondurasie. Można tu przylecieć bezpośrednio z USA, więc cenny są dostosowane do amerykańskich turystów. Jednak już następnego dnia rano przywitało nas słońce, które towarzyszy nam przez cały pobyt na wyspie.

Roatan

Mieszkamy w małym domku razem z parą z Hiszpanii. Ja ćwiczę swój hiszpański, gdyż nasi sąsiedzi słabo znają angielski. Mieszkańcy wyspy mówią w obu językach – po angielsku i hiszpańsku. Jest tu duża kuchnia, więc sami przygotowujemy sobie posiłki. Świeże warzywa i owoce sprzedawane są bezpośrednio z pick-up’ów. Wyspa słynie z tanich kursów nurkowania, my jednak świat podwodny oglądamy przy użyciu tylko maski i rurki. A jest co oglądać, gdyż w wodzie pływa pełno niezwykle kolorowych rybek.
Dzisiaj wracamy na stały ląd, jutro ruszamy dalej – w kierunku Nikaragui.