Archiwa autora 'Styczeń, 2009'

lago de Titicaca

Ostatnim miejscem, które odwiedzamy w Peru jest Puno, niewielka miejscowość położona nad jeziorem Titicaca. Stąd płyniemy zobaczyć dwie wyspy. Pierwsza z nich nie jest typowa wyspą – jest to jedna z 50 pływających wysp zbudowanych z trzciny totora przez plemię Uros. Ludzi ci mówią w języku Aymara i są potomkami plemienia, które zaczęło swoją egzystencję na pływających wyspach, aby odizolować się od agresywnych plemion z lądu. Wyspy są niewielkie, na każdej z nich mieszka kilka rodzin, a ich życie jest całkowicie związane z totorą – z niej robią swoje domy, łodzie i pamiątki dla turystów.

Lago de Titicaca

Kobiety na wyspie noszą długie warkocze ozdobione dużymi pomponami – włosy stanowią o atrakcyjności kobiety, a ciężkie pompony ponoć pomagają włosom szybciej rosnąć.

Lago de Titicaca

Życie na pływających wyspach nie jest łatwe – wieczna wilgoć sprawia, że już u młodych ludzi pojawia się reumatyzm, a długość życia nie przekracza 60 lat – stąd też większość młodych wybiera łatwiejsze życie na lądzie.
Druga wyspa – Taquile – jest położna daleko od lądu. Mieszkańcy mówią w języku Quechua i znani są ze swoich strojów. Uwagę zwracają stroje mężczyzn – każdy nosi czapkę, którą sam sobie robi na drutach. Taka czapka ma znaczenie symboliczne – może oznaczać status społeczny lub też to czy mężczyzną jest już żonaty czy nie.

Taquile island

A my ruszamy dalej – do Boliwii.

Cuzco

Chociaż sporo tu turystów – większość z nich przyjechała do Peru tylko po to, aby zobaczyć słynne Machu Picchu – Cuzco nie straciło swojego uroku. Zabytkowe kościoły, zachwycająca architektura, place pełne kwiatów i wąskie uliczki zachęcają do spacerów po mieście.

Working...
przerwa na pracę

Kolorowe sklepy z pamiątkami i małe kawiarenki, w których można zjeść przepyszny sernik z markują lub wypić sok ze świeżych owoców, sprawiają, iż czas upływa tutaj niezauważenie.

Passion fruit cheesecake

W niedzielę rano przed katedrą pojawiają się poprzebierani ludzie. Na twarzach mają maski, na sobie różnokolorowe stroje ozdobione wstążkami i błyskotkami. Zaczynają tańczyć. Wokół nich gromadzi się tłum gapiów – wszyscy są zauroczeni widowiskiem. Okazuję się, że dzisiaj obchodzi się tu święto Virgen del Carmen, czyli Matki Boskiej z Carmen.

Cuzco

Później wybieramy się do małej miejscowości Pisac na targ. Jest gwarno, w powietrzu unoszą się zapachy przygotowywanych posiłków. Wszyscy gdzieś pędzą, przeciskają się, witają się, bo targ jest również okazją do spotkania znajomych, którzy przyjeżdżają tu z okolicznych wiosek. Różnobarwne stragany przyciągają ciekawskich, a sprzedawcy nagabują do zakupów oferując coraz to niższe ceny.

Sunday market in Pisac

Sunday market in Pisac

szaleństwo nie zna granic

Wstajemy o godz. 4.30, za oknem jest jeszcze ciemno. Idziemy na przystanek autobusowy, chcemy załapać się na pierwszy autobus, który odjeżdża o godz. 5.30. O godz. 4.50 stoimy już w kolejce do przystanku! Przed nami ponad setka ludzi i cały czas przychodzą nowi! Dobrze, że nie posłuchaliśmy kobiety w kasie, która poprzedniego dnia powiedziała nam, że wystarczy być 15 minut przed odjazdem. Na szczęście okazuje się, że będzie więcej autobusów (do każdego wchodzi tylko 30 os.), bo do pierwszych trzech na pewno nie wejdziemy, może do czwartego…
Udało się! O godz. 5.35 jesteśmy w czwartym autobusie, a więc prawie w czołówce! Po 20 minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Ustawiamy się w kolejnej kolejce do głównego wejścia, ta wydaję się jeszcze większa – część osób wstała o godz. 4 (a może nawet o 3?) i przyszła na piechotę – około 1,5 h drogi, cały czas ostro pod górę.

Machu Picchu

O godz. 6.00 zaczynają wpuszczać do środka. Jeszcze w kolejce dowiadujemy się, iż aby wejść na szczyt Wayna Picchu (ten, który jest zawsze na pocztówkach) trzeba się zarejestrować w osobnym okienku (już po wejściu do środka) – wpuszczają tylko 400 os. dziennie (200 os. o godz. 7 i 200 os. o godz.10) lepiej jest wejść o godz. 10, ponieważ wtedy jest większa szansa, że się przejaśni. Nie chcą nas wpuścić do środka, każą zostawić plecak, a my w plecaku prawie nic nie mamy, tylko kurtki na wypadek deszczu i wodę. Trwa ’przepychanka’ ze strażnikiem, w końcu przemycamy plecak. O godz. 6.15 jesteśmy w środku!!! Ale nie ma co się cieszyć, trzeba biec do punktu rejestracji, żeby wejść na Wayna Picchu. Nie wiemy, w którym kierunku biec?! Łapiemy kanadyjskiego turystę z przewodnikiem, który zna drogę; cały czas biegnąc wyprzedzamy innych ludzi, którzy przybyli tu z całego Świata – część praktycznie prosto z lotniska i nie zdążyli się jeszcze zaaklimatyzować – Ci w tym ‘wyścigu’ nie mają szans. O godz. 6.25 jesteśmy w trzeciej (ostatniej już) kolejce; zajęliśmy dopiero ok. 150-180 miejsce. Rejestrację otwierają dopiero o godz. 7, więc Magda idzie się przejść, zrobić parę zdjęć, gdy nie ma jeszcze tłumów, a ja zostaję w kolejce. O godz. 7.10 dostajemy upragnione bloczki na Wayna Picchu, na godz. 10 z numerami 376 i 377. Mało brakowało, a nie załapalibyśmy się; za nami czeka jeszcze co najmniej 300 osób i każdy chce wejść…Zmęczeni, ale szczęśliwi rozglądamy się po Machu Picchu.

Machu Picchu

Koszt dotarcia do Machu Picchu:
- z Cusco do Ollantaytambo taksówka colectivo – 3 $
- najtańszy bilet na pociąg (tam i z powrotem) z Ollantaytambo do Aguas Calientes – 65 $ (wiąże się z pozostaniem w Aguas Calientes 2 dni; czas podróży 2 godz. w jedną stronę, pociąg – zwykła osobówka)
- autobus z Aguas Calietes do Machu Picchu – 7 $ w jedną stronę (z powrotem wracamy na piechotę w strugach deszczu)
- bilet wstępu do Machu Picchu – 40 $.

Czy było warto?

Pewnie! Pomimo rzeszy turystów (teraz w Ameryce Południowej są wakacje i pełno jest turystów z Argentyny, Chile czy Columbii) Machu Picchu udaję się zachować klimat i majestatyczność. Pewnie gdyby te sama ruiny postawić gdzieś na nizinie to nie robiłby aż takiego wrażenia, ale tu, na tej wysokości, położone wśród strzelistych gór ‘zaginione’ miasto Inków robi niesamowite wrażenie.

Cordillera Blanca

Samo Huaraz nie jest zbyt urokliwe, jednak jego położenie nie ma sobie równych. Miejscowość ta znajduje się u podnóża drugiego, co do wielkości (zaraz po Himalajach) pasma górskiego na Świecie – Cordillera Blanca.
Gdy tu docieramy jest pochmurnie i pada, nie widać gór. Jest pora deszczowa i pada prawie codziennie. Idealnie było by tu przyjechać latem, ale my niestety nie mamy takiej możliwości. Jednak plusem tej pory roku jest niski sezon, a więc niewiele turystów i niższe ceny.
Chcemy iść w góry. Sprawdzamy oferty w agencjach turystycznych, decydujemy się na czterodniowy trekking Santa Cruz. Trasa ma ok. 54 km długości, w najwyższym punkcie wspina się na przełęcz na wysokości 4.750 m n.p.m. – mapa .
dzień 1
Wyjeżdżamy z Huaraz o godz. 6 rano, razem z nami jedzie jeszcze piątka turystów (dwóch Amerykanów i Amerykanka, Francuska , Koreańczyk) i przewodnik – Abel. Po godzinie dojeżdżamy do miejscowości Yungay, gdzie przesiadamy się do kolejnego minibusa i kierujemy się do wioski Vaqueria, gdzie zaczyna się szlak. Po drodze mijamy piękne, turkusowe jezioro Llanganuco. Droga wiję się w górę, a za oknem robi się biało. Nasz minibus mozolnie wspina się na przełęcz na wysokość 4.767 m n.p.m., z której zostaje już tylko parę kilometrów do Vaquerii. W pewnym momencie coś się psuje w układzie kierowniczym naszego pojazdu i mamy przymusową przerwę w podróży. Na szczęście nie jest to nic poważnego i po godzinie ruszamy dalej. W Vaquerii czekają na nas nasi tragarze, czyli czwórka uroczych osłów, wraz z kundelkiem i donkey driver’em (poganiacz do osiołków). Donkey driver ładuje namioty, bagaże i jedzenie, a my rozmawiamy z turystami, którzy szli naszym szlakiem z przeciwnego kierunku. Są przemoczeni – mówią, że cały czas padało i nic nie było widać…
Ruszamy. Przechodzimy przez niewielką wioskę i zaczynamy podejście.

Trekking Santa Cruz

Po dwóch godzinach zaczyna padać – czy tak będzie przez następne cztery dni? Zmoczeni i zmarznięci docieramy do miejsca pierwszego biwaku. Rozbijamy namioty. Przewodnik przyrządza rewelacyjny obiad – gorąca zupa poprawia wszystkim humor.
dzień 2
Abel budzi nas o godz. 5.20 kubkiem gorącej herbaty z liśćmi koki (taką herbatę piję się po to, aby nie mieć choroby wysokościowej). Jest przeraźliwie zimno, ale na niebie nie ma ani jednej chmurki. Ośnieżone szczyty gór w blasku wschodzącego słońca wyglądają przepięknie.

Trekking Santa Cruz

Jemy śniadanie i zbieramy namioty. Rozpoczynamy podejście na przełęcz Punta Union – 4.750 m n.p.m. Idziemy szeroką dolina otoczeni sześciotysięcznikami, co jakiś czas robimy sobie krótkie przerwy (np. na wojnę na śnieżki). Po mniej więcej pięciu godzina docieramy na przełęcz – świeci słońce – widoki są rewelacyjne (nie możemy się napatrzeć).

Trekking Santa Cruz

Dopiero podczas zejścia zbierają się chmury. Gdy docieramy na miejsce kolejnego biwaku znowu zaczyna padać. Śpimy na wysokości 4.200 m n.p.m.
dzień 3
Znowu pobudka o świcie, ale to oznacza, że jest dobra pogoda. Nasze namioty pokrywa szron – w nocy był przymrozek. Dzisiaj zbaczamy z głównego szlaku i podochodzimy do jeziora położonego u stóp góry Alpamayo (5.947 m n.p.m.). Po przeciwnej stronie doliny widać górę Artesonraju (6.025 m. n.p.m.), która pojawia się na początku wszystkich filmów wytwórni Paramount.

Trekking Santa Cruz

Schodzimy do doliny i kierujemy się w stronę kolejnego obozowiska. Zaczyna siąpić i dość mocno wieje. W pewnym miejscu teren jest tak podmokły, że musimy zdjąć buty i iść na bosaka. Do obozu docieramy w strugach deszczu, który tym razem pada całą noc.
dzień 4
Deszcz ustaję dopiero nad ranem, a nam zostają tylko trzy godziny zejścia. Wszyscy są już zmęczeni (marzą o gorącym prysznicu i łóżku z czystą pościelą), ciuchy przemoknięte, do tego dokuczają nam żołądki, ale jesteśmy zadowoleni – mieliśmy rewelacyjną pogodę jak na tę porę roku!

Sunday ice cream

niedzielne popołudnie w Trujillo

W Ameryce Południowej, tak jak w Centralnej, głównym środkiem transportu jest autobus. Jednak odległości tutaj są dużo większe. Z Loja do Trujillo w Peru jedziemy w sumie 14 godzin, z jedną przesiadką. Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni peruwiańskim nocnym autobusem – mocno rozkładane fotele, dużo miejsca na nogi (kolana nie wbijają się w plecy pasażera siedzącego przed nami) i do tego podnóżek na nogi, kocyk, poduszka, kawa i przekąska. Udało nam się kupić ostatnie miejsca. I tak jechaliśmy w tej „gorszej” klasie na górze, na dole są łóżka! Przesypiamy całą drogę bez problemu; o godz. 6 rano jesteśmy na miejscu. Ponieważ dzień tutaj zaczyna się dopiero o godz. 9-10 rano, znalezienie pokoju o tej porze nie jest łatwe – wszystko pozamykane, wszyscy śpią. Na szczęście nasz taksówkarz okazuje się bardzo pomocny w tej kwestii – nie ma litości i dzwoni do skutku do drzwi hostelu. Otwiera zaspana dziewczyna, która mimo drastycznej pobudki jest bardzo miła i znajduje dla nas wolny pokój. Zmęczeni padamy na łóżka i zasypiamy od razu. W ciągu najbliższych tygodniu przyjdzie nam przejechać tysiące kilometrów i spędzić wiele godzin w autobusach.
Zwiedzamy Trujillo – na Plaza de Armas spacerują całe rodziny, jest wata cukrowa, lody, jest rodzinny fotograf. Wszyscy zdają się ulegać leniwej atmosferze niedzielnego popołudnia.

Photographer

Cuenca

Kolonialne budynki, majestatyczne kościoły, wąskie brukowane uliczki i przytulne kawiarnie z przepysznymi łakociami zatrzymały nas w Cuence na kilka dni. Jest też biblioteka z darmowym internetem wifi :-)

Cuenca

nowy rok

Ostatnie dni grudnia były dla nas dość intensywne, a pobyt w Baños pozwolił nam na chwilę odpoczynku…ale od początku – do Baños docieramy około godz. 17 w Sylwestra. Jest to swego rodzaju kurort – góry, ciepłe źródła i masa różnego rodzaju ‘atrakcji’. Na ulicach tłum jak na Krupówkach, pełno ekwadorskich turystów i przebierańców (w większości mężczyźni przebrani za kobiety lub diabły). W każdych drzwiach czeka przygotowana kukła, którą o północy pali się (wiele z nich przedstawia tutejszych polityków, widzieliśmy też jedną nazwaną Barack Homama). Oczywiście są też fajerwerki, muzyka i zabawa do białego rana.
Z Baños ruszamy do Riobamby, położonej w pobliżu najwyższego szczytu w Ekwadorze – wulkanu Chimborazo – 6.310 m n.p.m. (biorąc pod uwagę położenie blisko równika jest to punkt najdalej położony od środka Ziemi). Riobamba sprawia wrażenie opustoszałej, ciężko jest znaleźć otwartą restaurację lub agencję turystyczną – pewnie wszyscy pojechali na długi weekend do Baños. W końcu udaję się – trafiamy na agencję, które organizuje zjazdy na rowerach spod stóp wulkanu Chimborazo. Mimo, iż biuro ProBici jest dość niepozorne, znajduję się na piętrze sklepu z tekstyliami, to ich oferta jest najciekawsza; inne agencje oferują zjazd główną drogą (w większości asfaltową), a tu będziemy jechać bocznymi drogami. Decydujemy się – przymierzamy kaski, rękawiczki i próbujemy rowery. Co do rowerów to mają tu głównie klasykę takich firm jak Trek czy Specialized (każdy zadbany i z przednim amortyzatorem), ale jest też kilka nowych, my bierzemy dwa rowery Kona – krótka przejażdżka, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. i jesteśmy gotowi na wyprawę. Oprócz nas jedzie też Szwajcar i trójka młodych studentów z Korei. Wyruszamy nazajutrz rano – jedziemy terenową Toyotą z zamocowanymi rowerami. Początkowo jest dość pochmurnie i nie widać gór, ale już w połowie trasy przejaśnia się, zza chmur wyłania się ośnieżony szczyt Chimborazo. Samochód podwozi nas na wysokość 4.800 m, my podchodzimy jeszcze 200 metrów do drugiego schroniska – jesteśmy na 5.000 metrów!

Chimborazo

Stąd wyrusza się na szczyt wulkanu – konieczne są czekany i raki, podchodzenie (8 godzin) trzeba zacząć o północy, aby na szczycie znaleźć się nad ranem. Wracamy do samochodu, gdzie czekają nasze rowery. Zjazd jest rewelacyjny, a widoki niesamowite.

Chimborazo

Po drodze mijamy stada vicuni i alpaków. Do Riobamby docieramy przed godz.18, także kupujemy jeszcze bilety na pociąg na następny dzień. Jest to specjalny pociąg, ponieważ miejscówki są na dachu, przygotowanych do tego, wagonów towarowych.

Train from Riobamba

Indigenous people of Ecuador

P.S. Najlepsze życzenia Noworoczne!

tam, gdzie nie ma asfaltu

Do wioski Quilotoa położonej na wysokości 3.800 m docieramy w strugach deszczu. Szybko znajdujemy nocleg. Główną atrakcją tutaj jest przepięknie położone (w kraterze wulkanu) jezioro – Laguna de Quilotoa, jednak w tym momencie główną atrakcją dla nas okazuje się mały piecyk w naszym pokoju, gdyż robi się coraz zimniej. Rąbiemy drewno, rozpalamy i po kilku chwilach pokój wypełnia przyjemne ciepło. Nazajutrz wita nas słońce; wybieramy się na spacer – schodzimy w dół do jeziora. Mamy je tylko dla siebie :-)

Laguna de Quilotoa

Po południu pojawiają się pierwsi turyści (którzy przyjeżdżają zazwyczaj z biur podróży) a razem z nimi chmury; około godz. 13 nic już nie widać. Ruszamy dalej do miejscowości Chigchulan – idziemy do skrzyżowania, gdzie o godz. 14 ma przejeżdżać autobus (jeden dziennie). Czekamy…przyjeżdża samochód, wysiadają jacyś ludzie, mówią, że autobus już pojechał (godzinę wcześniej) i jedyna opcją jest jazda pickupem (oni też jadą tam gdzie my). Godzina podróż po wyboistej drodze w zakrytym pickupie nie należy do najprzyjemniejszych. Mała wioska Chigchulan jest dość dziwnym miejscem, gdyż są tu aż trzy wielkie hotelu o angielskich nazwach. My wybieramy najtańszy – Cloud Forrest. Jutro sylwester a opcji dalszej podróży nie ma za wiele – można zostać albo pojechać dalej autobusem o godz. 3 rano. Jest też ciężarówka rozwożąca mleko, która zabiera pasażerów i wyrusza ok. 9.30; ta opcja podoba nam się najbardziej. Po śniadaniu, spakowani czekamy na nasz transport. Czekamy i nic – po jakimś czasie właścicielowi hotelu przypomina się, że w Sylwestra ta ciężarówka nie jeździ…następny autobus o godz. 3 nad ranem w Nowy Rok – ciekawe czy kierowca będzie trzeźwy?
Czekamy dalej – może coś przyjedzie…Czekamy ponad godzinę – przyjeżdża srebrny pickup. Okazuje się, że kierowcą jest francuski turysta, który jeździ po Ekwadorze wynajętym samochodem a dzisiaj zmierza dokładnie do miejsca, do którego chcemy dotrzeć. Ofiaruje się nas zabrać i to za free; pakujemy się na pakę i ruszamy. Górska droga dostarcza niesamowitych wrażeń.

Quilotoa Loop

Kierowca mlekowozu wiedział co robi nie jadą w Sylwestra – co kilka kilometrów pojawiają się prowizoryczne szlabany, a wokół poprzebierani tubylcy; aby móc jechać dalej trzeba się wykupić – na początku jest to miłe urozmaicenie, ale po jakimś czasie kończą nam się drobne, a bramek jest coraz więcej. Docieramy do celu ubożsi o kilka dolarów, ale podróż była rewelacyjna. Jest jeszcze dość wcześnie więc postanawiamy jechać dalej na południe do miejscowości Baños, położonej u stóp czynnego wulkanu Tungurahua.