Wstajemy o godz. 4.30, za oknem jest jeszcze ciemno. Idziemy na przystanek autobusowy, chcemy załapać się na pierwszy autobus, który odjeżdża o godz. 5.30. O godz. 4.50 stoimy już w kolejce do przystanku! Przed nami ponad setka ludzi i cały czas przychodzą nowi! Dobrze, że nie posłuchaliśmy kobiety w kasie, która poprzedniego dnia powiedziała nam, że wystarczy być 15 minut przed odjazdem. Na szczęście okazuje się, że będzie więcej autobusów (do każdego wchodzi tylko 30 os.), bo do pierwszych trzech na pewno nie wejdziemy, może do czwartego…
Udało się! O godz. 5.35 jesteśmy w czwartym autobusie, a więc prawie w czołówce! Po 20 minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Ustawiamy się w kolejnej kolejce do głównego wejścia, ta wydaję się jeszcze większa – część osób wstała o godz. 4 (a może nawet o 3?) i przyszła na piechotę – około 1,5 h drogi, cały czas ostro pod górę.

O godz. 6.00 zaczynają wpuszczać do środka. Jeszcze w kolejce dowiadujemy się, iż aby wejść na szczyt Wayna Picchu (ten, który jest zawsze na pocztówkach) trzeba się zarejestrować w osobnym okienku (już po wejściu do środka) – wpuszczają tylko 400 os. dziennie (200 os. o godz. 7 i 200 os. o godz.10) lepiej jest wejść o godz. 10, ponieważ wtedy jest większa szansa, że się przejaśni. Nie chcą nas wpuścić do środka, każą zostawić plecak, a my w plecaku prawie nic nie mamy, tylko kurtki na wypadek deszczu i wodę. Trwa ’przepychanka’ ze strażnikiem, w końcu przemycamy plecak. O godz. 6.15 jesteśmy w środku!!! Ale nie ma co się cieszyć, trzeba biec do punktu rejestracji, żeby wejść na Wayna Picchu. Nie wiemy, w którym kierunku biec?! Łapiemy kanadyjskiego turystę z przewodnikiem, który zna drogę; cały czas biegnąc wyprzedzamy innych ludzi, którzy przybyli tu z całego Świata – część praktycznie prosto z lotniska i nie zdążyli się jeszcze zaaklimatyzować – Ci w tym ‘wyścigu’ nie mają szans. O godz. 6.25 jesteśmy w trzeciej (ostatniej już) kolejce; zajęliśmy dopiero ok. 150-180 miejsce. Rejestrację otwierają dopiero o godz. 7, więc Magda idzie się przejść, zrobić parę zdjęć, gdy nie ma jeszcze tłumów, a ja zostaję w kolejce. O godz. 7.10 dostajemy upragnione bloczki na Wayna Picchu, na godz. 10 z numerami 376 i 377. Mało brakowało, a nie załapalibyśmy się; za nami czeka jeszcze co najmniej 300 osób i każdy chce wejść…Zmęczeni, ale szczęśliwi rozglądamy się po Machu Picchu.

Koszt dotarcia do Machu Picchu:
- z Cusco do Ollantaytambo taksówka colectivo – 3 $
- najtańszy bilet na pociąg (tam i z powrotem) z Ollantaytambo do Aguas Calientes – 65 $ (wiąże się z pozostaniem w Aguas Calientes 2 dni; czas podróży 2 godz. w jedną stronę, pociąg – zwykła osobówka)
- autobus z Aguas Calietes do Machu Picchu – 7 $ w jedną stronę (z powrotem wracamy na piechotę w strugach deszczu)
- bilet wstępu do Machu Picchu – 40 $.
Czy było warto?
Pewnie! Pomimo rzeszy turystów (teraz w Ameryce Południowej są wakacje i pełno jest turystów z Argentyny, Chile czy Columbii) Machu Picchu udaję się zachować klimat i majestatyczność. Pewnie gdyby te sama ruiny postawić gdzieś na nizinie to nie robiłby aż takiego wrażenia, ale tu, na tej wysokości, położone wśród strzelistych gór ‘zaginione’ miasto Inków robi niesamowite wrażenie.