Opublikowany
Marzec 30, 2009.
Jedziemy na Ziemię Ognistą do Ushuaia; z Punta Arenas to ok. 10 godzin jazdy autobusem. Za oknem niekończące się równiny, co jakiś czas można wypatrzyć strusie Nandu.

Podczas przeprawy promowej pojawiają się czarno-białe delfiny – przez chwilę ścigają się ze statkiem.

W Ushuaia wybieramy się w góry, na Przełęcz Owcy (Paso de Ovieja). Po deszczowej noc nie ma ani śladu, wypogodziło się, jest pięknie, kolorowo.

Rozbijamy namiot nad Laguną de Caminante z widokiem na ośnieżone szczyty; poza nami nie ma tu nikogo, po zatłoczonym hostelu to przyjemna odmiana. W nocy zaskakuje nas zima, znalazła nas na końcu Świata
Pada śnieg i robi się bardzo zimno. Rano wszystko wokół jest ośnieżone, a podczas powrotu do miasteczka momentami silny wiatr nie pozwala iść – trzeba przystanąć i przykleić się do stoku.

Praktycznie cały dzień pada śnieg – pierwszy raz tu w tym roku. W Ushuaia zostaniemy jeszcze kilka dni, może uda nam się jeszcze wybrać góry…
Opublikowany
Marzec 25, 2009.
W tej niewielkiej miejscowości zostajemy dzień dłużej niż pierwotnie planowaliśmy. Spacerujemy, wygrzewamy się w słońcu – jednym słowem odpoczywamy. W powietrzu czuć już zbliżającą się zimę.


Został nam już niecały tydzień na południu. Później kilka dni w Santiago i Nowa Zelandia, ale ten czas leci…
Opublikowany
Marzec 23, 2009.
Przed wyruszeniem do Torres del Paine zatrzymujemy się na jedną noc w miejscowości Puerto Natales. Robimy zapasy i przepakowujemy plecaki – część rzeczy zostawimy tutaj. Oczywiście już od granicy (tj. 20 km przed Puerto Natales) zaczyna lać jak z cebra, niebo zasnute jest ciemnymi chmurami i porywiście wieje. Mimo to decydujemy się wyruszyć następnego dnia do parku. W domu (bo to bardziej dom niż hostel), w którym mieszkamy nie ma żadnych innych gości; wieczorem siedzimy sobie przy piecyku, w pokoju jadalnym, popijając winko, jest przyjemnie ciepło…aż nie chce się jechać. Tej nocy śpimy kamiennym snem, po dwóch tygodniach spędzonych w namiocie, w końcu łóżko
Rano wstajemy o godz. 7; jest dziwnie ciemno i cicho na zewnątrz – okazuje się, że zapomnieliśmy o zmianie czasu.
Po trzech godzinach jazdy autobusem wyruszamy na szlak, ku naszej radości nie pada. Chociaż tu jest już końcówka sezonu turystycznego, to dalej jest sporo ludzi (w sezonie musi tu być tłoczno jak na Giewoncie). Śpimy na darmowych polach kempingowych – sam wstęp do parku to $25, więc przynajmniej na noclegu staramy się zaoszczędzić. Drugiej nocy cały czas pada i robi się bardzo zimno, mocno wieje, budzimy się kilkakrotnie, aby sprawdzić czy z namiotem wszystko ok. i czy nie przecieka. Rano wyruszamy do Valle del Frances, widać, że w nocy tutaj spadł świeży śnieg. Po trzech godzinach marszu docieramy na punkt widokowy, przed nami rozpościera się zielona dolina, ponad naszymi głowami ośnieżone szczytu gór – jest pięknie!


Opublikowany
Marzec 18, 2009.
W El Calafate nie ma za wiele do robienia, oprócz wycieczki do oddalonego o 80 km lodowca Perito Moreno. Lodowiec jest gigantyczny – długi na 14 km i wysoki na ok. 60 m, cały czas w ruchu – ok.2 m na dobę. Stoimy i obserwujemy kolosa – co jakiś czas odrywają się od niego wielkie bryły lodu, które z hukiem wpadają do jeziora. Przyroda jest niesamowita – wszędzie zielono, a pośrodku lodowiec!

Jedziemy do El Chalten, przez całą drogę niebo spowite jest gęstymi, szarymi chmurami…zaczyna padać, a do tego mocno wieje. Mimo to decydujemy się na camping – jest za darmo. Nasz namiot przechodzi chrzest bojowy – pierwszy deszcz…nie przemókł! W nocy się rozpogadza i nad ranem mamy rewelacyjny widok na szczyt Cerro Fitz Roy.

W El Chalten zostajemy jeszcze dwa dni, chodzimy po górach, a właściwie u stóp gór. Niestety szczyt Cerro Torre – słynna wieża jest w chmurach i dopiero, gdy wyjeżdżamy odsłania się na chwilę. Pogoda tutaj jest bardzo zmienna, na przemian słońce i deszcz. Jutro ruszamy do Chile – do parku Torres del Paine.

Opublikowany
Marzec 10, 2009.
Do Bariloche docieramy w posępnym nastroju. Szukamy noclegu…okazuje się, że tutejsze pole namiotowe jest droższe niż nasz pokój w Buenos Aires; jak widać kurorty żądzą się własnymi prawami (cenami). Do tego okazuje się, że kupiliśmy za mały namiot! Jest tak mały, ze ledwo się w nim mieścimy z plecakami. Generalnie plecaki zajmują pół namiotu, a my ściśnięci drugie pół. Jedyny plus to to, że jest lekki po zwinięciu. Bariloche jest położone malowniczo nad jeziorem Nahuel Huapi. Ładne hotele, drogie restauracje – typowy kurort, na szczęście turystów już nie ma za wielu. Jednak to, co przykuwa naszą uwagę (głównie Magdy) to sklepy z czekoladkami (każdy sklep produkuje własne słodkości). Jest ich tu pełno, a wybór czekoladek jest ogromny – są przepyszne! Różne kształty, kolory, nadzienia…Jedynie wysoka cena powstrzymuje nas przed spróbowaniem wszystkich.

Postanawiamy wynająć samochód na dwa dni, aby przemierzyć trasę siedmiu jezior. Samo wynajęcie nie jest tanie – ok. $45 dziennie i to tego dzienny limit 200 km (za każdy dodatkowy kilometr trzeba ekstra płacić). Przy odbiorze samochodu proponują nam promocję – 3 dni w cenie 2 z tym samym limitem kilometrów. Decydujemy się, zawsze to jeden dzień dłużej – nie trzeba będzie się spieszyć. Okazuje się też, że samochód nie ma wspomagania!? Po zakupach w markecie ruszamy w drogę. Widoki są niesamowite, góry, jeziora jak w bajce! Dość szybko jednak kończy się asfalt i pojawia się szutrówka i to w remoncie! Zatrzymujemy się na darmowym kempingu; jedyna wada takiego noclegu to brak prysznica, ale mamy jezioro. Pomimo, iż to już końcówka lata, panuje straszny upał, krystaliczna woda w jeziorze zachęca do kąpieli…wskakujemy!


Opublikowany
Marzec 10, 2009.
Z Buenos wyruszamy do Bariloche – w krainę jezior (ponad 20 godz. jazdy autobusem). Podczas podróży spotyka nas niemiła niespodzianka – w nocy, gdy śpimy ktoś dobiera się do naszego plecaka, (który trzymamy w nogach) i kradnie nam telefon i ipoda. Gdy rano spostrzegamy ich brak, to nie ma już większości pasażerów – wysiedli, złodziej pewnie też. Szczęście w nieszczęściu, że nie ukradł nam nic więcej. Na policji za bardzo się tym nie przejmują, nawet nie chcą znać szczegółów…to jest tu na porządku dziennym.
Opublikowany
Marzec 4, 2009.
Z San Pedro jedziemy najpierw do Salty w Argentynie, a następnego dnia do Buenos Aires; w sumie ponad 30 godzin w autobusie. W Buenos panuje upał (ponad 30 stopni) i wilgoć – po 10 minutach jest się spoconym. Miasto bardzo nam się podoba, niesamowite budynki; trochę przypomina Paryż z kawiarniami na każdym rogu ulicy. Udało nam się znaleźć niedrogi hostel w samym centrum (jak określił to nasz znajomy – w samym sercu Buenos Aires) jest kuchnia, niedaleko supermarket, dobra kawiarnia i cukiernia.

Argentyna cenowo zbliżona jest do Polski – nawet ich waluta peso ma podobny kurs do dolara, co nasza złotówka teraz, więc łatwo jest przeliczać. Jedyne rzeczy, które są tańsze w supermarketach to mięso i wino, i tak też wyglądają nasze obiady:-)
Zwiedzamy najpierw centrum – Avenida Corrientes, Calle Florida i Lavalle – mnóstwo sklepów, restauracji, kin, teatrów. Recoleta, to przede wszystkim słynny cmentarz; nie ma na nim tradycyjnych grobów, ale wielkie mauzolea – z drzwiami i wentylacja – jak mini domy.
W niedzielę odwiedzamy dzielnicę San Termo – na ulicach jest targ staroci, muzyka i pokazy tanga na żywo. Dalej kolorowa La Boca z domami pomalowanymi na jaskrawe kolory, chociaż zbyt dużo tu turystów i turystycznych atrakcji, od których nie ma ucieczki.

Na koniec zostawiamy sobie poszukiwanie taniego namiotu, nie jest to łatwe, ponieważ te w sklepach ze sprzętem turystycznym są koszmarnie drogie. Wybawieniem okazują się małe sklepiki dla wędkarzy, które mają również rzeczy na kemping. Kupujemy namiot, kuchenkę i karimaty; tak zaopatrzeni jutro wyruszamy dalej na południe.