Archiwa autora 'Kwiecień, 2009'

wschód słońca

Po wizycie w Wellington i nocy na parkingu portowym płyniemy promem na południową wyspę (przeprawa promowa dostarcza niesamowitych widoków). Tam ruszamy w kierunku parku Abel Tasman. W parku, przez dwa dni podróżujemy kajakiem morskim (śpimy pod namiotem). W biurze, w którym go wynajmujemy przechodzimy krótki instruktaż – co i jak. Następnie wodna taksówka zawozi nas wraz z kajakiem do parku. Kajak okazuje się dość pojemny, po spakowaniu naszych rzeczy zostaje jeszcze wolne miejsce. Samo kajakowanie okazuje się dość proste, trzeba jednak uważać, o jakiej porze dnia gdzie się wpływa – różnica między przypływem i odpływem dochodzi tutaj do ok. 6 m i będąc nieuważnym można nieźle utknąć gdzieś w głębi plaży lub stracić kajak.

New Zealand - South Island

New Zealand - South Island

Po kajakach kierujemy się na wschodnie wybrzeże, do miejscowości Kaikoura – droga prowadzi początkowo przez jesiennie kolorowe winnice, a później dochodzi do wybrzeża i jedziemy wzdłuż czarnej plaży!

New Zealand - South Island

Magda zauważa na skałach foki – zatrzymujemy się i zaczyna się sesja fotograficzna ;-)

New Zealand - South Island

Z Kaikoura organizowane są wycieczki, których celem jest oglądanie wielorybów w ich naturalnym środowisku, albo ze statku albo z samolotu. Zobaczyć wieloryba…choć pokusa jest ogromna, musimy odpuścić, jest to dla nas spory wydatek (140 NZD – ok. 280 PLN od os.), może następnym razem…
Dzisiejszy wieczór spędzamy w pralni – jak romantycznie ;-) Są gniazdka, więc czekając na pranie ładujemy sprzęt.

New Zealand - South Island

Później, jak prawie co noc, szukamy miejsca do spania ‘na dziko’. Strategia jest taka – od około godz. 16 (o godz. 18 jest już ciemno) zaczynam się rozglądać, czasami przed lub za jakąś niewielką miejscowością trafi się miejsce piknikowe bez tabliczki ‘no camping or overnight sleeping’; generalnie nie jest prosto. Czasami się udaje, a czasami nie. Tym razem trafiliśmy w dziesiątkę – nad samym morzem! Wschód słońca był przepiękny.

New Zealand - South Island

New Zealand - South Island

w głębi lądu

Po wizycie na północy i krótkim przystanku w Auckland jedziemy na przylądek Coromandel po więcej morza, plaż i zachodów słońca.

New Zealand - North Island

New Zealand - North Island

Przez kilka dni podróżujemy od plaży do plaży, kończą na Hot Water Beach, gdzie w czasie odpływy spod piasku wypływa ciepła woda, a wszyscy kopią sobie doły, takie ‘wanny’ z ciepła wodą.
Następnie ruszamy w głąb lądu przez Rotarua i Taupo do parku Tongariro, gdzie wybieramy się na Tongariro Crossing – jednodniowy szlak między wulkanami. Wspinamy się na Mt Ngauruhoe (2.287 m), Górę Przeznaczenia z Władcy Pierścieni. Podejście na wulkanu jest strome i mozolne – dwa kroki w przód, jeden w tył. Widok ze szczytu rekompensuje męczącą wspinaczkę – jesteśmy ponad chmurami!

New Zealand - North Island

New Zealand - North Island

Wieczorem moczymy się w termalnych basenach. Dalej zmierzamy na zachód, żeby zobaczyć Mt Taranaki. Jedziemy droga zwaną Forgotten World Highway, która wieje się pomiędzy zielonymi pagórkami i małymi wioskami. Na całej 150 km trasie nie ma ani jednej stacji benzynowej. Pod Mt Taranaki docieramy na zachód słońca.

New Zealand - North Island

P.S.
Dużym zaskoczeniem w NZ jest brak darmowego Internetu. Nawet w kawiarniach z wifi trzeba ekstra płacić za dostęp – kilka dolarów za pół godziny. I tak jeździmy powoli po niemalże każdej większej miejscowości szukając niezabezpieczonego sygnału – czasami się udaje ;-)

wyspa północna

W końcu Nowa Zelandia!
Naszym domem na następne trzy tygodnie będzie Jucy Crib – www.jucy.co.nz, z zewnątrz wygląda jak zwykły van, chociaż zdradza go jaskrawy kolor, w środku natomiast jest rozkładane łóżko, kuchenka, lodówka i mały zlewozmywak. Pakujemy cały nasz dobytek do samochodu i ruszamy na północ, na Cape Reigna. Na drodze duży ruch – są Święta, a tu mają wolne aż przez 4 dni. Pierwszą noc spędzamy w Bay of Islands, z głównej drogi zjeżdżamy na ‘Milion Dollar View Road’ (już sama nazwa zwraca nasza uwagę, więc jedziemy). Widoki faktycznie są rewelacyjne, wszędzie jest tak zielono…

New zealand - north

New zealand - north

Łóżko w samochodzie to pełen luksus w porównaniu z naszym namiotem. Dużą frajdą jest olbrzymi szyber dach ponad naszymi głowami – przed zaśnięciem oglądamy gwiazdy. Następnego dnia dojeżdżamy na ‘Ninety Mile Beach’ (90 km długości) ma się wrażenie, że plaża ciągnie się w nieskończoność, jest piękna! Można po niej jeździć samochodem, trzeba tylko uważać na przypływy ;-) .

New zealand - north

New zealand - north

Po południu docieramy na przylądek – widoki są niesamowite, wracamy tu jeszcze następnego dnia na wschód słońca.

New zealand - north

Nie wiem jak wygląda reszta Nowej Zelandii, ale póki co jest bajkowo!

New zealand - north

przed wylotem

Ostatnie dni w Ameryce Południowej spędzamy w Valparaiso – miasto położone na wzgórza, nad oceanem, niedaleko Santiago. Stare miasto (zabytek UNESCO) to kręte uliczki, kolorowe domy, uliczne windy, którymi można dostać się do wyżej położonej dzielnicy – prawie jak Lizbona, choć nie aż tak urokliwe. Jest ciepło, słonecznie – miła odmiana po kilku ostatnich dniach w Patagonii, gdzie ciągle padało i było zimno.

Valparaiso

W poniedziałek wieczorem jedziemy na lotnisko – lecimy do Nowej Zelandii. Lot trwa 13 godzin, a my tracimy jeden dzień, wylatujemy 6 kwietnia a do Auckland dolatujemy 8-ego nad ranem. W Auckland pada i wcale nie jest zbyt ciepło – tu już też dotarła jesień.
Dzisiaj wypożyczamy samochód – małego campera i ruszamy w drogę – na północ.

gdzie jest moja reszta?

Jeszcze będąc w Buenos Aires znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie nie mieliśmy drobnych na autobus – w autobusach przy wejściu są automaty, które akceptują tylko monety. Starliśmy się rozmienić banknot 5 pesos (mniej więcej 5 zł) przez ponad pół godziny – nigdzie nikt nie miał lub jak wtedy myśleliśmy nie chciał nam pomóc. W końcu się udało i o całej sprawie zapomnieliśmy. Jak się jednak okazuje problem jest grubszy i wszyscy mieszkańcy Argentyny (szczególnie Ci jeżdżący autobusami w Buenos) zmagają się z brakiem monet (szczególnie 1 peso) na co dzień. Chcesz jechać autobusem, to najpierw musisz wykombinować jak zdobyć drobne… możesz kupują butelkę wody, bilet do metra…ważne, żeby ktoś ci wydał w monetach.
W supermarketach przy kasach też nie mają za dużo monet i jak nie mają wydać, to muszą wołać menadżera, żeby przyniósł trochę monet. Ten przychodzi i zostawia kilka peso w monetach. Czemu nie więcej? Monety są zbyt cenne i nie można ich tak beztrosko wydawać klientowi – lepiej go zmusić, żeby to on zapłacił swoimi monetami. Dochodzi już do takich absurdów jak to, że w sklepie za 20 pesos w monetach można zrobić zakupy za 25 peso. W kawiarniach lub taksówkach coraz częściej nie wydają reszty mniejszej niż dwa peso (to najniższy nominał banknotu).
Czemu brakuje monet i czemu nie mogą ich wybić więcej? Nie mam pojęcia. Teoria spisku mówi, że firmy autobusowe sprzedają te monety na czarnym rynku z dużym zyskiem?! Tu wszystko jest możliwe…
My też przyczynimy się do pogłębienia problemu – zabieramy z Argentyny monetę 1 peso – na pamiątkę ;-)