Opublikowany
Maj 27, 2009.
W Darwin jest upalnie, ponad 30 stopni. Zostajemy na noc, jutro zamierzamy iść do konsulatu po wizy indonezyjskie. Wizę można też dostać na lotnisku w Indonezji, jednak jest ona ważna tylko 30 dni, a my chcemy tam spędzić ok. 45 dni. Jeszcze w Sydney udało nam się za darmo zdobyć wizy do Tajlandii – mieli promocję
Wieczorem idziemy na nocny targ – pełno tu straganów z jedzeniem, klimat bardzo azjatycki. Z Darwin samochodem z wypożyczalni jedziemy do Parku Narodowego Kakadu. Atrakcja parku są ścienne malowidła aborygeńskie i krokodyle; my jednak najbardziej zapamiętamy komary, których są tu tysiące!

Dalej ruszamy na południe do Katherine. Tuż przed miejscowością odbijamy na kemping przy Edith Falls – miejsce rewelacyjne – praktycznie cały dzień pływamy w jeziorze i wylegujemy się w cieniu.

Wieczorem zielona trawa na kempingu przyciąga kangury (a właściwie jego mniejszą wersje – walabie), są płochliwe, ale mamy okazję dokładnie się im przyjrzeć.

Następnego dnia docieramy do Katherine Gorge (wąwóz), a ponieważ jest straszny upał to większość dnia spędzamy w basenie na kempingu. Po południu wdrapujemy się na punkt widokowy, z którego roztacza się widok na rozległą równinę i wąwóz. Schodząc widzimy już nie jednego, a kilkanaście kangurów smacznie zajadających trawę. Jak się okazuje na polu kempingowy też jest już ich mnóstwo, a odgłos skubania trawy będzie nam towarzyszyć całą noc. Z samego rana wypożyczamy kajak i płynie w głąb wąwozu, co jakiś czas wskakując do wody.

Jak nam powiedziano rzeka jest już na 200% bezpieczna tzn. można w niej pływać, czyli nie ma krokodyli, a dokładniej to zostały już tylko małe i niegroźne krokodyle słodkowodne. Te duże i groźne to krokodyle słonowodne (spotyka się je zarówno w słodkich wodach jak i w morzu niedaleko lądu).
Opublikowany
Maj 20, 2009.
Już z samolotu widać jak rozległe jest Sydney – miasto ciągnie się kilometrami. Na przedmieściach prawie nie ma wysokiej zabudowy, wszędzie są tylko niskie domki mieszkalne. My zatrzymujemy się u znajomego w Haberfields – jak w każdej dzielnicy i tu jest małe centrum z kawiarniami i restauracjami. Centrum Sydney to głównie port i jego okolice, nad starymi budynkami górują wielkie biurowce. To, co rzuca nam się w oczy to ludzie na ulicach – w większości Azjaci – można pomyśleć, że jest się w Azji.
Przez kilka dni zwiedzamy – najbardziej podoba nam się rejon Darling Harbour – szczególnie o zachodzie słońca, gdy port odbija się w wysokich wieżowcach.


Będąc w Sydney nie można nie wybrać się na jedną z plaż – my odwiedzamy aż trzy – Manly, Bondi i Coogee; jest ciepło, przyjemnie, chociaż jest już prawie zima to woda nadal ma 21 stopni.

Wypożyczamy samochód i robimy sobie kilkudniową wycieczkę na północ, wzdłuż wybrzeża, szukając idealnej plaży
Jazda samochodem po Sydney jest koszmarna – w zależności od pory dnia skrajny pas ruchu staje się parkingiem, na słupach pod znakami drogowymi umieszczona jest cała masa tabliczek z napisami skierowanymi do kierowców np. w pobliżu szkoły jest ograniczenie do 40 km/h, a pod nim – w godz. 8 – 9.30 i 14 – 15.50 w dniach szkolnych, przy tak dużym ruchu człowiek nie nadąża z ich czytaniem! Nie mówiąc już o tym, że bez dobrej mapy czy GPSa poruszanie się po plątaninie ulic jest jak błądzenie po labiryncie.
Jesteśmy w Blue Mountain, górach położonych niedaleko Sydney – okolica przypomina trochę Wielki Kanion, tylko jest dużo więcej zieleni. Niestety popsuła się pogoda, cała noc pada deszcz – śpimy w samochodzie.

Pojutrze lecimy na tydzień na północ Australii do Darwin, a później ruszamy do Indonezji. Jeszcze nie udało nam się zobaczyć kangurów…
Opublikowany
Maj 11, 2009.
Prognoza pogody na następne parę dni w regionie Fiordland nie jest najlepsza – zimno i deszcz, a nam zostało już tylko parę dni w Nowej Zelandii. Postanawiamy pojechać w głąb południowej wyspy, w region Mt. Cooka – najwyższej góry w Nowej Zelandii. Już po kilkudziesięciu kilometrach na północ znikają chmury i pojawia się słońce. Po drodze śpimy nad rzeką, w nocy robi się bardzo zimno, rano na szybach jest szron (jest już za zimno na spanie w samochodzie). Jednak na niebie nie ma ani jednej chmurki – widoki są przepiękne.


W przeddzień wyjazdu fundujemy sobie kąpiel w gorących źródłach, a potem ruszamy do Queenstown. Miasteczko jest rewelacyjnie położone – nad jeziorem, wśród gór, w pewnym momencie zaczyna sypać śnieg – tu też dotarła już zima. Czas ruszyć w cieplejsze rejony, za dwie godziny mamy lot do Sydney.
Opublikowany
Maj 5, 2009.
Z Kaikoury jedziemy przez Oamaru i Dunedin na półwysep Otago. Po drodze oglądamy żółtookie pingwiny, jednak nie robią na nas większego wrażanie – są dość małe. Za to lwy morskie na jednej z plaż Otago są olbrzymie i wzbudzają nasz respekt. Jednemu z nich chyba znudziła się sesja fotograficzna, bo trochę nas pogonił – byliśmy zaskoczeni jak szybko potrafią się poruszać.

Dalej kierujemy się na południe w region Catalins – plaże, klify, latarnie morskie i do tego niewiele turystów.


Zostalibyśmy tam dłużej, jednak na najbliższe dni zapowiadają dobrą pogodę w Fiordland, a my chcemy iść tam w góry, więc postanawiamy skorzystać ze sprzyjającej nam aury. Z samego rana ruszamy w kierunku Te Anau – no prawie, gdyż cała szerokością drogi idzie stado owiec. Za nimi jedzie jeepem ich właściciel wraz z trzema niewielkimi psami na pace. Gdy owce gubią drogę psy zeskakują i je zaganiają; robią to bardzo sprawnie. W końcu udaje nam się jakoś je wyminąć.

W Te Anau robimy zakupy, zostawiamy samochód i ruszamy na trzy dni w góry, na Kepler Track. Na szlaku śpimy w chatkach, ponieważ noce są już zbyt zimne na namiot. Kepler Track jest jednym, z tzw. Great Walks; w sezonie noclegi trzeba rezerwować kilka dni, a nawet tygodni wcześniej, do tego są trzy razy droższe niż poza sezonem. Na szczęście dla nas sezon skończył się dwa dni temu, co prawda w chatkach z tego powodu odcięto dopływ prądu i wody, a także ogrzewanie, no ale jest taniej i nie ma tak dużo ludzi. Sam szlak jest bardzo widowiskowy, szczególnie jego alpejski odcinek.

Drugiego dnia rano budzi nas słońce i krzyki papug Kea; Kea to górska papuga występująca tylko w tym regionie – bardzo kolorowa i towarzyska.


A tu kolejne zdjęcie z cyklu wieczór w podróży.
