Opublikowany
Czerwiec 27, 2009.
Gdyby nie sąsiedztwo Kawah Ijen, pewnie nigdy nie pojawiliby się tu turyści. A tak są, choćby tylko na jedną noc. Bondowoso to niewielkie, prowincjonalne miasteczko, nie ma tu żadnych ‘atrakcji’. W przewodniku LP piszą o nim tylko jako o punkcie tranzytowym, nie zamieściwszy nawet jego mapy. My jednak zostaliśmy w nim dłużej niż planowaliśmy, głównie za sprawą hotelu Palm, w którym się zatrzymaliśmy. Jest to najlepszy hotel w mieście. Gdy pierwszy raz go zobaczyliśmy to byliśmy pewni, że nie będzie nas stać na pobyt w nim – ma duży basen, obsługę hotelową i wszystko inne – jak w prawdziwym hotelu (nie takim dla backpakersów). Jednak co najważniejsze – ma też tanie pokoje (10 USD za dwójkę). Samo miasteczko również nam się podoba, wieczorami można przejechać się ozdobioną kolorowymi światełkami bryczką za 1,5 PLN i całkiem dobrze zjeść w ulicznych budkach.


P.S.
Przewodnik, z którym pojechaliśmy do Kawah Ijen spytał nas czy w Polsce wszystkie imiona zaczynają się na literę M? Poprzednią parą z Polski byli Monika i Michał, a teraz my – Magda i Maciek. Wniosek nasuwa się sam
Opublikowany
Czerwiec 26, 2009.
Pobudka o 4 rano, 2,5 godz. jazdy po koszmarnie wyboistej drodze i o 7 rano zaczynamy podejście na zbocze krateru Kawah Ijen. Idąc stromą ścieżką mijamy mężczyzn niosących kosze wypakowane siarką; ‘Selamat pagi’ – mówimy, a oni odpowiadają ‘pagi’, na ich twarzach pojawia się uśmiech i zainteresowanie. Po około godzinie docieramy na górę, widok trudno opisać, z krateru wydobywają się kłęby dymu, co jakiś czas odsłaniając jego dno, wówczas widać jezioro i pracujących tam robotników.


Stromą ścieżką schodzimy w dół. Siarkowy dym staję się gęstszy i robi się duszno, musimy zasłaniać twarze mokrymi chustami. Mijamy kolejnych robotników mozolnie wspinających się z ciężkim ładunkiem na brzeg krateru.
Na dole praca wre…już od świtu. Robotnicy w trujących wyziewach wydobywają i pakują do koszy siarkę, które następnie na plecach niosą stromą, kamienistą ścieżką na brzeg krateru i dalej w dół ok. 3 km do punktu zbiórki. Waga kosza wynosi od 50 do 80 kg, za 1 kg dostają Rp 700 czyli ok. 20 groszy; dziennie robią dwa kursy. Pomimo tak nieludzkich warunków pracy mężczyźni są bardzo mili i życzliwi.


Po kilkunastu minutach mamy już dość, brakuje nam świeżego powietrza, coraz ciężej się oddycha. Wracamy do góry, nawet z lekkim plecakiem podejście jest męczące. Z ciekawości próbuję podnieść jeden z koszy z siarką, ledwo mi się to udaje, jest koszmarnie ciężki (do teraz mam obolałe ramię). Smutne jest to, iż w XXI wieku ludzie wciąż muszą pracować w takich warunkach.



Opublikowany
Czerwiec 19, 2009.
Dotarliśmy w region Tana Toraja na Sulawesi. Ludzi zamieszkujący te tereny mają dość szczególny stosunek do śmierci i życia po niej. Zmarłemu zaraz po śmierci urządza się niewielki pogrzeb, po czym cała rodzina zbiera pieniądze, aby urządzić drugi uroczysty pogrzeb (do tego czasu ciało trzymane jest w domu). Pogrzeby są tutaj wielkimi uroczystościami, a ludzie często oszczędzają na nie przez całe życie. Wielkość pogrzebu zależy od majętności zmarłego i jego rodziny. Te urządzane przez ludzi najbogatszych trwają kilka dni, zmarłemu buduję się specjalny dom, zjawiają się na nich setki gości i poświęca się kilkadziesiąt świń i bawołów (wartość bawoła nieraz przewyższa cenę samochodu).
Wraz z przewodnikiem i małym podarunkiem (5kg cukru) wybieram się (Magda nie chce mi towarzyszyć) na jeden z takich pogrzebów. To co zastaję przekracza moje wyobrażenia – na głównym placu leży pełno związanych i kwiczących świń, surowe mięso i rogi niedawno zabitego bawoła. Naokoło placu, w wybudowanych na tę okazję lożach, siedzą goście, raczą się przyszykowanym mięsem (piecze się je w bambusie) i winem palmowym, wszyscy są odświętnie ubrani. Co jakiś czas na plac wchodzi kolorowa procesja wprowadzająca nowych gości, następnie mężczyźni w specjalnie przygotowanych na tą uroczystość koszulach (mają nadrukowane miejsce, datę i imię zmarłej), którzy śpiewają w kole.



Oczywiście jest też kamerzysta i wodzirej z mikrofonem, który oznajmia kto przyjechał i jaki podarunek przywiózł – zazwyczaj jest to prosiak; wszystko to zapisuje się w dużym notesie, a świnie znaczy spray’em – musi być jasne, kto ją przyniósł, żeby w przyszłości można się było zrewanżować.
Jednak Toraja to nie tylko pogrzeby i kult zmarłych, ale także tradycyjne, bogato zdobione domy o niezwykłym kształcie i zielone tarasy ryżowe (przepięknie wyglądają te położone kaskadowo na górskich stokach).


Uprawia się tu też kawę – podobno najlepszą w Indonezji.


Rybki na targu w Rantepao
Opublikowany
Czerwiec 17, 2009.
Lecimy na wyspę Kei Kecil, położoną w odległym rejonie Indonezji zwanym Maluku; chcemy trochę odpocząć. Po dwóch przesiadkach i nocy spędzonej na lotnisku siedzimy w niewielkim samolocie do Tual, który znajduje się na Kei. Oprócz nas leci jeszcze jeden ‘biały’, jak się później okazało jedyny turysta jakiego spotkaliśmy przez cały pobyt tutaj. Z lotniska, który stanowi jeden pas startowy i mały domek o wymiarach 3×3 m jedziemy na plaże Pasir Panjang (długa plaża). Zostajemy na tydzień.
Mieszkamy u Evelin, która wynajmuje nam pokój w drewnianym domu, krytym liśćmi z palm, warunki są dość spartańskie, ale nam to nie przeszkadza, mamy widok na morze i plażę. Plaża jest wyjątkowa – piasek biały i niewiarygodnie drobny – jak mąka, woda błękitno-turkusowa i palmy. Najlepsze jest to, że oprócz niedziel (bo wtedy przyjeżdżają ‘miastowi’) całą plaże mamy tylko dla siebie


Ludzie są tu bardzo mili, wzbudzamy ich zainteresowanie, stanowimy niecodzienny widok.



Dni upływają nam na spacerach, opalaniu, kąpielach i zachodach słońca. Evelin jest dobrą kucharką, także rozkoszujemy się kuchnią indonezyjską, świeża ryba i owoce morza są wspaniałe. Nabieramy energii na dalszą podróż.


Opublikowany
Czerwiec 5, 2009.
Na Bali docieramy późnym wieczorem i musimy jeszcze znaleźć nocleg. Najbliżej lotniska jest Kuta Beach – miejsce, w którym ‘ląduje’ większość turystów. Nie jest łatwo znaleźć pokój, już zaczął się sezon. Kuta Beach to miejsce wyjątkowo turystyczne, jest McDonald, Starbucks, itp.; plaża taka sobie i tłumnie oblegana. Zostajemy tu jeden dzień planując dalszy pobyt w Indonezji. Na kilka dni jedziemy na północ do Ubud – mniejszej i trochę spokojniejszej miejscowości; jest położony w środku wyspy. Na wypożyczonym motorze przez kilka dni zwiedzamy okolice. Wieczorami w Ubud są pokazy tradycyjnych tańców – my oglądamy Kecak i bardzo nam się podoba. Ludzie tutaj są wyjątkowo mili, pomocni, nawet sprzedawcy nie są nachalni. Świątynie, tarasy ryżowe, uśmiechnięci ludzie wołający ‘Hello’, dużo niższe ceny, egzotyczne zapachy i smaki – jesteśmy w Azji.

P.S. Nie wiem czy wiecie, że istnieje taki kraj jak ‘Polandia’ – my z niego pochodzimy:) Powiesz ‘Poland’, a oni ‘Poland?’ – aaa Polandia i już uśmiech zrozumienia pojawia się na twarzy.