Archiwa autora 'Lipiec, 2009'

herbaciana wioska

Choć Mae Salong leży tylko półtorej godziny jazdy od Chiang Rai to dostanie się do niego nie jest proste. Droga jest dobra, ale trzeba się przesiąść i tu pojawia się problem. Autobus wysadza nas w miejscu, gdzie trasa do Mae Salong odbiją od dwupasmówki wiodącej do granicy z Birmą. Tutaj już czekają songthaew’y (pick-up przerobiony na coś w rodzaju małego busa), jednak albo płacimy 400 Bahtów (40 zł) albo czekamy na kolejne 6 osób. Cóż…czekamy, ale jakoś nikt się nie pojawia. Magda postanawia złapać stopa – mamy szczęście – zatrzymuje się pierwszy przejeżdżający samochód, kierowca jest bardzo miły, nadkłada drogi i zawozi nas do samej miejscowości. Szosa wznosi się i wije wśród zielonych gór – okolice jest naprawdę niesamowita. Kilka kilometrów przed wioską dostrzegamy to, czego nie udało nam się zobaczyć w Indonezji – plantację, a na niej ludzi zbierających herbatę. Jeszcze tego samego dnia wypożyczamy motor i wracamy w to miejsce. Liście zbierają same kobiety (niektóre z małymi dziećmi na plecach), z nieba leje się żar.

Mae Salong

Mae Salong

Mae Salong

Kosztujemy różne herbaty – nawet nie wiedzieliśmy, że jest taki wybór; są smaczne, dobrze koją pragnienie. W Mae Salong mieszka sporo Chińczyków, wioska podobno przypomina te z chińskiej prowincji Yunnan…zobaczymy :-)

w oczekiwaniu

W Mae Hong Son wypożyczamy motor i jedziemy do wioski Noi Soi. Zamieszkuje ją górskie plemię ‘Karen Long-neck’ czyli Długie Szyje. Kobiety z tego szczepu noszą na szyjach mosiężne pierścienie, przez co ich szyje sprawiają wrażenie nienaturalnie długich. Cały czas lekko mży – w Tajlandii daje o sobie znać pora deszczowa. Ludność Noi Soi stanowią uchodźcy z Birmy; nie mają oni tajskiego obywatelstwa i ich życie w Tajlandii nie należy do łatwych, choć jak sami twierdzą jest tu o niebo lepiej niż po drugiej stronie granicy. Aby wejść do wioski trzeba zapłacić 250 baht’ów (ok.25 zł) – niestety tylko niewielka część tych pieniędzy trafia do jej mieszkańców. Kobiety w wiosce, ładnie ubrane, czekają na turystów, ich stragany uginają się od różnokolorowych, ręcznie robionych ozdób. Turyści jednak nie przyjeżdżają, oprócz nas jest tu jeszcze trójka Francuzów…dzisiaj już raczej nikt więcej nie przybędzie. Uśmiechają się, są miłe, po chwili jednak żalą się, że kiedyś przyjeżdżało tu dużo więcej turystów i kupowali więcej pamiątek. Dla nich brak turystów to brak środków do życia. Uświadamiamy sobie, że zwiedzających rzeczywiście musiało być sporo, bo kobiety dość dobrze mówią po angielsku. Teraz wioska kurczy się – ludzie przenoszą się do sąsiadującego obozu dla uchodźców i dalej do ‘third-countries’ takich jak USA albo bliżej turystów w okolice Chiang Mai – do lepszego życia.

Thailand

Thailand

Thailand
Kobieta z plemienia ‘dużych uszu’

gotowanie po tajsku

Tajskie jedzenie jest pyszne, mi smakuje do tego stopnia, że w Chiang Mai zapisuję się na kurs gotowania. Zaczynamy od wizyty na targu, gdzie można kupić wszystkie potrzebne składniki.

Rice
Ryż – podstawowy składnik większości potraw w Azji

Rambutans
Rambutany – azjatyckie owoce

Mangosteens
Mangostany

Sekret ich kuchni leży właśnie w składnikach – trawa cytrynowa, mleczko kokosowe, pasty curry itp. Na szczęście coraz więcej z tych rzeczy można już dostać w Polsce.
Gotuję zupę tom yam, zielone curry (moje ulubione), pad thai, kurczaka z orzechami nerkowca, na koniec przyrządzam deser – sticky rice z mango (specjalna odmiana ryż z sosem kokosowym i świeżym mango) – wszystko jest wyśmienite!

cooking

tranzyt

W ciągu ostatnich paru dni dużo czasu spędziliśmy na lotniskach i w środkach komunikacji miejskiej. Po Indonezji Singapur wydaje się bardzo europejski – zorganizowany transport, dość czysto (choć nie tak sterylnie jak ludzie opowiadają) i całkiem drogo. Ogromne centra handlowe na Orchard Road , pyszne jedzenie w Chinatown, niesamowite zapachy w Little India, wieczór na Clark Quay…a na wszystko mieliśmy jeden dzień. Może dobrze, że tylko jeden, bo już odwykliśmy od płacenia za wszystko w dolarach (tutaj singapurskich) ;-)

Singapore

Singapore

W Bangkoku lokujemy się niedaleko Khao San Rd., która za każdą wizytą jest coraz bardziej ‘western-style’ – teraz jest tu już nawet Subway i Starbucks. Na szczęście na straganach dalej można tanio i dobrze zjeść. A ponieważ byliśmy już wcześniej w Bangkoku to czas upływa nam głównie na przyjemnościach – jedzenie, zakupy i kino.

zielone plantacje

Parę ostatnich dni spędziliśmy w Yogyakarcie. Upał panujący na ulicach i bardzo przyjemny, chłodny pokój w Dewi Homestay trochę nas rozleniwiły. Więcej czasu spędzaliśmy na wyszukiwaniu kolejnych przysmaków oraz soków owocowych, niż na odwiedzaniu turystycznych atrakcji. I tak znaleźliśmy tanie, świeże ananasy i soki z mango, rewelacyjne sate (kawałki kurczaka z grilla w sosie z orzeszków ziemnych) i super-słodkie lokalne słodycze z posypką z kokosa. Dodatkowo w naszym bagażu pojawiły się dwie, całkiem spore, drewniane figurki kobiety i mężczyzny. Oczywiście odwiedziliśmy też słynną świątynie Borobudur.

Indonesia

Wydostanie się z Yogyakarty nie było proste – znowu załapaliśmy się na wakacje tym razem indonezyjskie, wobec czego musieliśmy kupić bilety w najdroższej klasie pociągu – ‘eksekutif’ (w tańszej już nie było miejsc), która jak się okazało nijak nie przystaje do wysokiej ceny biletu.
Po dotarciu do Bandung kierujemy się do małej miejscowości Ciwidey na południu, a później do jeszcze mniejsze Rancabali. Mamy nadzieję, że uda nam się zobaczyć robotników pracujących na plantacjach herbaty. Ku naszemu rozczarowaniu na plantacjach nie ma żywej duszy – nie trafiliśmy na czas zbioru. Mimo, że plantacje są puste i tak wyglądają niesamowicie – są soczyście zielone.

Indonesia

Oprócz herbaty uprawia się tutaj na duża skalę także truskawki i większości lokalnych turystów przyjeżdża właśnie po nie. Wokół drogi pełno jest straganów z truskawkami, jednak biznes nie kończy się tylko na sprzedaży samych owoców – są też przeróżne gadżetu w kształcie truskawek – portfele, poduszki, plecaki, kapcie itp., oraz soki, dżemy, nawet pizza. Z truskawki wyciska się jak najwięcej ;-) . Same owoce nie są tanie (ok. $2 za kilo) i nie tak smaczne jak u nas.

Indonesia

Nasz pobyt w Indonezji dobiega końca – dalej Singapur i Tajlandia.

Bromo

Wioska Cemora Lawang, leży na zboczu ogromnego krateru, na wysokości ponad 1.500 m n.p.m.. W jego środku znajduje się dymiący krater Bromo (tak! – krater w kraterze) i stożek Batoka. W wiosce i wokół niej tubylcy uprawiają cebulę, równiutkie grządki ciągną się aż po horyzont . Jest to pierwsze miejsce w Indonezji, w którym nie jest gorąco, wieczorami robi się wręcz chłodno. Nazajutrz wstajemy przed 4 rano, schodzimy do krateru i przez ‘morze piasku’ idziemy na szczyt wulkanu Bromo. Niestety jest pochmurnie i wschód słońca nie należy do spektakularnych. Dodatkową ‘atrakcją’ są rzesze indonezyjskich turystów, którzy podjeżdżają pod Bromo jeep’ami lub motorami (oni nigdzie nie chodzą), przez co jest dość głośno.

Bromo

Bromo

Trochę żałujemy, że zamiast na Bromo nie poszliśmy na górę Pananjakan, z której roztacza się widok na cała okolicę, w tym również na Bromo. Postanawiamy jeszcze raz wstać o nieludzkiej godzinie i wspiąć się na nią. Budzik dzwoni o 3.20, zbieram się z ociąganiem, Magda rezygnuje, wybiera wygodne łóżko zamiast wspinaczki stromym zboczem. Z czołówką na głowie zaczynam podejście. W wiosce powiedziano mi, że to ponad trzy godziny marszu, w przewodniku piszą o dwóch – nie wiem czy zdążę przed świtem. Po 1,5 h jestem już na szczycie; szlak, który w ciągu dnia wyglądał na stromy, nie był aż taki straszny. Na szczycie tłumy ludzi, pełno samochodów i motorów, dlatego schodzę nieco niżej, gdzie w ciszy podziwiam wschód słońca. Widoki są bajeczne!

Bromo

Bromo

Bromo
Nasz gospodarz w Cemora Lawang