volcano boarding

W piątkowe popołudnie wybraliśmy się na wycieczkę na wulkan Cerro Negro. Jest to najmłodszy wulkan w tym regionie – jedyne 150 lat i nieco ponad 900 m.n.p.m. – niemowlę; ostatnia erupcja była w 1999 r. Po godzinie jazdy jeepem (ściśnięci na pace z innymi backpakersami) i kolejnej godzinie podchodzenia byliśmy na szczycie. Po kilku minutach podziwiania widoków nastąpił punkt kulminacyjny wyjazdu, czyli zjazd na deskach, które musieliśmy sami wtachać na górę, po zboczu wulkanu. Muszę przyznać, że zbocze było naprawdę strome, niektórzy z niepokojem w oczach spoglądali na nie. Ubrani w pomarańczowe kombinezony i gogle zjechaliśmy i chociaż nie udało nam się pobić rekordu prędkości, który wynosi 77 km/h to było rewelacyjnie.

volcano boarding

Sobota – upał niesamowity, więc z samego rana wybieramy się na plażę – tym razem nad Pacyfik.
Jeszcze jeden dzień w León a później ruszamy dalej.

Las Penitas

coraz bliżej święta

Tutaj też się to czuje. Na ulicach sprzedawcy sprzedają różnokolorowe ozdoby choinkowe, kasjerki w supermarketach mają czapeczki św. Mikołaja, no i oczywiście są też choinki – niestety tylko sztuczne.

Christmas time

Christmas time

A my jesteśmy już w Nikaragui, w mieście Leon. Ostatnie parę dni upłynęło nam na przemieszczaniu się. Najciekawszym momentem było przekraczanie granicy między Hondurasem a Nikaraguą. Autobus po stronie Hondurasu wysadził nas ok. 200 metrów przed punktem kontrolnym, także granicę przekroczyliśmy na piechotę, idąc szeroką dwupasmową asfaltówką. Sama granica wydała nam się dość odludnym miejscem, było południe, skwar i życie tam jakby wymarło. Po stronie nikaraguańskiej chcieliśmy złapać jakiś autobus, ale żaden nie kursował. Na szczęście były taksówki, także zapakowaliśmy się w piątkę (z przypadkowymi tubylcami) do jednej, tak aby zmniejszyć koszt podróży i ruszyliśmy dalej, w głąb Nikaragui. Wraz z uciekającymi kilometrami zmieniał się krajobraz – zamiast zielonych gór pojawiły się suche, równinne tereny, nad którymi górują stożki wulkanów – a jest ich tu sporo.
Leon jest urocze; tętni życiem. Tutejszy targ jest tuż obok katedry, tam najwięcej można zaobserwować – sprzedawcy owoców, ozdób choinkowych, stragany z jedzeniem, sprzedawcy lodów – lód skrobie się z dużej bryły zwykłego lodu zrobionego z wody i polewa słodką polewą.
Jutro jest już 6 grudnia – Mikołaj. Ciekawe czy nas tu znajdzie? 🙂

P.S. aby zobaczyć więcej zdjęć kliknij w zdjęcie lub wejdź TUTAJ

żar tropików

Na wyspie Roatan jesteśmy już od czterech dni. Wyspa rozleniwia – im dłużej tu jesteśmy tym bardziej nie chce nam się jej opuszczać. Gdy tu płynęliśmy była ulewa i cały czas zastanawialiśmy się czy warto – jest to najdroższe miejsce w cały Hondurasie. Można tu przylecieć bezpośrednio z USA, więc cenny są dostosowane do amerykańskich turystów. Jednak już następnego dnia rano przywitało nas słońce, które towarzyszy nam przez cały pobyt na wyspie.

Roatan

Mieszkamy w małym domku razem z parą z Hiszpanii. Ja ćwiczę swój hiszpański, gdyż nasi sąsiedzi słabo znają angielski. Mieszkańcy wyspy mówią w obu językach – po angielsku i hiszpańsku. Jest tu duża kuchnia, więc sami przygotowujemy sobie posiłki. Świeże warzywa i owoce sprzedawane są bezpośrednio z pick-up’ów. Wyspa słynie z tanich kursów nurkowania, my jednak świat podwodny oglądamy przy użyciu tylko maski i rurki. A jest co oglądać, gdyż w wodzie pływa pełno niezwykle kolorowych rybek.
Dzisiaj wracamy na stały ląd, jutro ruszamy dalej – w kierunku Nikaragui.

pora deszczowa

Dotarliśmy do La Ceiby skąd chcemy popłynąć na wyspę Roatan – jedną z wysp karaibskich. Pogoda niestety nie zachęca do dalszej podróży. Odkąd tu przyjechaliśmy cały czas leje i patrząc za okno nie ma szans na poprawę, przynajmniej dziś. Poczekamy jeden dzień i wtedy zdecydujemy co dalej. Wczoraj wieczorem mieliśmy okazję skorzystać z naszych latarek – nie sądziliśmy, ze tak szybko się przydadzą – awarii uległ słup elektryczny i cała dzielnica pogrążyła się w ciemnościach. A my siedzieliśmy w naszym hoteliku i przy świetle latarki zajadaliśmy soczyste pomarańcze :-). Co do samych noclegów to nie ma tu problemu ze znajdywaniem ich. My korzystamy z Lonely Planet ‚Central America on a shoestring’ lub też z oferty naganiaczy na dworcach autobusowych. Często te noclegi są równie dobre, jak i nie lepsze niż te polecane w przewodniku. Przewodniki, szczególnie po krajach rozwijających, mają to do siebie, że szybko się dezaktualizują, ceny idą w górę, hotele znikają lub tracą swój pierwotny standard, więc należy brać dużą poprawkę na to co jest w nich napisane. W poprzedniej miejscowości – Gracias (która zachwycają się w Lonely Planet a nam wydała się średnia) udało nam się wybrać na pieszą wycieczkę do parku narodowego Celaque. Po kilku godzinach marszu przez gęsty las (na szczęście szlak jest dobrze oznaczony) dotarliśmy do punktu widokowego. Góry są tutaj zupełnie inne niż u nas – choć wysokością przewyższają Tatry to są w całości porośnięte gęstym lasem.

Honduras
Park narodowy Celaque

Honduras
A tak wygląda kawa

Honduras

Pobudka o 3.30 w nocy, 6 nieprzespanych godzin, ściśnięci w mały busie, formalności i opłaty na granicy – jesteśmy w Hondurasie! 22 grudnia mamy lot z San Jose (Kostaryka) do Quito (Ekwador) stąd takie szybkie tempo w Ameryce Centralnej. Spędzamy sporo czasu w busach i autobusach podziwiając przepiękne widoki zza okien i obserwując współtowarzyszy podróży.

Curious one

Trzeba przyznać, iż tutejsza komunikacja działa bez zarzutu – jeszcze nie zdążymy dobrze wysiąść z jednego autobusu a już znajduję się ktoś, kto pyta nas gdzie chcemy dojechać i zaraz wskazuje nam  kolejny autobus. Na trasie nie ma wyznaczonych przystanków, a autobus zatrzymuję się zawsze i wszędzie, gdzie znajdzie się chętny pasażer.
Wczoraj zwiedzaliśmy ruiny Majów w Copan. Dzisiaj dotarliśmy do Gracias – małej miejscowości położonej w górach. Jutro chcemy wybrać się do Parque Nacional Montana de Celaque – jest to jeden z najpiękniejszych parków narodowych w Hondurasie.
Niestety jedzenie nie jest tu ani tak dostępne ani tak dobre jak w Azji, gdzie na każdym rogu ulicy można było kupić coś dobrego.

pierwsze dni

Do Guatemala City dotarliśmy w sobotę wieczór, marząc tylko o jednym – o łóżku. To co zobaczyliśmy przez okno taksówki dobrze odpowiadało opisowi z przewodnika – stolica jest duża, brudna i brzydka.
Następnego dnia złapaliśmy autobus do mniejszej miejscowości Antigua, położonej wśród wulkanów. Sama jazda autobusem była dość dużą frajdą. Tutejsze autobusy tzw. „chicken bus” to przerobione stare szkolne autobusy z USA, są kolorowe i obwieszone mnóstwem światełek. Oprócz kierowcy w autobusie jest też „naganiacz” (przynajmniej my go tak określamy), który przy przystającym autobusie drze się w wniebogłosy nawołując pasażerów do wsiadania, a następnie inkasuje opłatę za przejazd. Wszytko to dzieje się w rytmie muzyki latino ryczącej z głośników.

Antigua

Antigua to urokliwa miejscowość – wąskie uliczki, kolorowe domy, które niestety przyciągają wielu turystów. Dodatkową atrakcją jest targ, na którym kobiety ubrane w tradycyjne stroje oprócz warzyw i owoców sprzedają różnokolorowe chusty, torebki itp.

Antigua
Widok na wulkan Agua

Antigua

A my wciąż dochodzimy do siebie po zmianie czasu – różnica między Polską to 7 godzin.
Co nas zaskoczyło, to temperatura – wcale nie jest tak gorącą jako to sobie wyobrażaliśmy a wieczory są wręcz chłodne. No ale teraz jest tutaj ‚zima’.

co spakować na rok?

Ostatni tydzień upłynął nam pod hasłem przygotowania. Zakupy, robienie list, załatwianie spraw – aż dziwne jak mało ma się czasu nie pracując 😉
I ciągłe wątpliwości – czy coś jeszcze może nam być potrzebne? czy o czymś nie zapomnieliśmy?  A do wyjazdu zostało już tylko parę dni.

O czym koniecznie należy pamiętać:
– szczepionki – my wzięliśmy chyba wszystko co możliwe (siedem szczepionek na raz nie jest do końca najlepszym pomysłem), niestety pozostaję kwestia malarii, na którą nie ma szczepionki;
– wizy – ponieważ do Gwatemali lecimy przez USA konieczne jest posiadanie wizy amerykańskiej , chociaż nawet nie opuścimy lotniska; za to do Nowej Zelandii już nie trzeba mieć wizy a od niedawna wizę do Australii można załatwić przez Internet (eVisitor) za friko;
– prawo jazdy międzynarodowe – niestety nasze ‚nowe’ prawo jazdy nie jest ważne w Australii i Nowej Zelandii a tam chcemy wypożyczyć samochód, więc trzeba udać się do urzędu i wydać 25 PLN na międzynarodowe – wielka książeczka – wzór z 1962 roku;
– ubezpieczenie – lepiej, żeby się nie przydało ale mieć warto.

Co zabrać na rok?
Pewnie łatwiej będzie napisać po jakimś czasie czego nie warto zabierać albo czego lepiej nie zapomnieć. Każde z nas ma po dwa plecaki – duży ok.60 litrów i mały podręczny.
Zabieramy (każde):
– śpiwór;
– buty górskie i sandały;
– kurtkę wodoodporną i polar;
– inne ciuchy według uznania.

Dodatkowo: apteczka (dużo leków + środki na komary zawierające DEET – podobno skuteczne), sprzęt fotograficzny, laptop, ładowarki, latarka, przewodniki (na razie dwa – LP Central America i LP South America.

bilet dookoła Świata

3 dni temu kupiliśmy dwa bilety dookoła Świata 🙂 13 listopada wylatujemy do Londynu, a dwa dni później do Gwatemali. Bilety kupiliśmy na www.roundtheworldflights.com . Nasze bilety są ważne 12 miesięcy, zaczynamy z Londynu, lecimy na zachód, nie możemy się cofać i musimy dotrzeć z powrotem do Londynu. W ramach biletu możemy pokonać 29.000 mil i mieć 7 przystanków. Miejce lądowania nie musi być jednocześnie miejscem wylotu – część trasy pokonuje się na własną rekę. My np. lecimy do Guatemala City, a kolejny lot mamy z Santiago de Chile za mniej więcej 5 miesięcy. Drogę pomiędzy Gwatemalą a Chile pokonujemy we własnym zakresie. Kupując bilet trzeba wskazać cała trasę i podać daty kolejnych lotów (można je poźniej zmienić za drobną opłatą).  Jak na razie trasa naszego przelotu wygląda tak: Londyn – Guatemala City lądem do Santiago de Chile – Auckland lądem do Queenstown – Sydney – Jakarta lądem do Singapur – Bangkok lądem do Bombaju – Londyn. No i to co wszystkich zawsze interesuje najbardziej czyli cena takiego biletu – około 8.000 PLN (1 £ = 5 PLN).

jeszcze miesiąc

Do wyjazdu został mniej więcej miesiąc…jak wszystko pójdzie po naszej myśli. W ten weekend udało nam się nadać realny kształt naszej stronie www. Zamierzamy tu umieszczać na bieżąco relację z naszej podróży dookoła świata. Jedziemy na zachód – zaczynamy od Ameryki Środkowej, potem Południowa, Nowa Zelandia, Australia i Azja.