gdzie jest moja reszta?

Jeszcze będąc w Buenos Aires znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie nie mieliśmy drobnych na autobus – w autobusach przy wejściu są automaty, które akceptują tylko monety. Starliśmy się rozmienić banknot 5 pesos (mniej więcej 5 zł) przez ponad pół godziny – nigdzie nikt nie miał lub jak wtedy myśleliśmy nie chciał nam pomóc. W końcu się udało i o całej sprawie zapomnieliśmy. Jak się jednak okazuje problem jest grubszy i wszyscy mieszkańcy Argentyny (szczególnie Ci jeżdżący autobusami w Buenos) zmagają się z brakiem monet (szczególnie 1 peso) na co dzień. Chcesz jechać autobusem, to najpierw musisz wykombinować jak zdobyć drobne… możesz kupują butelkę wody, bilet do metra…ważne, żeby ktoś ci wydał w monetach.
W supermarketach przy kasach też nie mają za dużo monet i jak nie mają wydać, to muszą wołać menadżera, żeby przyniósł trochę monet. Ten przychodzi i zostawia kilka peso w monetach. Czemu nie więcej? Monety są zbyt cenne i nie można ich tak beztrosko wydawać klientowi – lepiej go zmusić, żeby to on zapłacił swoimi monetami. Dochodzi już do takich absurdów jak to, że w sklepie za 20 pesos w monetach można zrobić zakupy za 25 peso. W kawiarniach lub taksówkach coraz częściej nie wydają reszty mniejszej niż dwa peso (to najniższy nominał banknotu).
Czemu brakuje monet i czemu nie mogą ich wybić więcej? Nie mam pojęcia. Teoria spisku mówi, że firmy autobusowe sprzedają te monety na czarnym rynku z dużym zyskiem?! Tu wszystko jest możliwe…
My też przyczynimy się do pogłębienia problemu – zabieramy z Argentyny monetę 1 peso – na pamiątkę 😉

na końcu Świata

Jedziemy na Ziemię Ognistą do Ushuaia; z Punta Arenas to ok. 10 godzin jazdy autobusem. Za oknem niekończące się równiny, co jakiś czas można wypatrzyć strusie Nandu.

Tierra del Fuego

Podczas przeprawy promowej pojawiają się czarno-białe delfiny – przez chwilę ścigają się ze statkiem.

Tierra del Fuego

W Ushuaia wybieramy się w góry, na Przełęcz Owcy (Paso de Ovieja). Po deszczowej noc nie ma ani śladu, wypogodziło się, jest pięknie, kolorowo.

Tierra del Fuego

Rozbijamy namiot nad Laguną de Caminante z widokiem na ośnieżone szczyty; poza nami nie ma tu nikogo, po zatłoczonym hostelu to przyjemna odmiana. W nocy zaskakuje nas zima, znalazła nas na końcu Świata 😉 Pada śnieg i robi się bardzo zimno. Rano wszystko wokół jest ośnieżone, a podczas powrotu do miasteczka momentami silny wiatr nie pozwala iść – trzeba przystanąć i przykleić się do stoku.

Tierra del Fuego

Praktycznie cały dzień pada śnieg – pierwszy raz tu w tym roku. W Ushuaia zostaniemy jeszcze kilka dni, może uda nam się jeszcze wybrać góry…

w końcu Patagonia!

W El Calafate nie ma za wiele do robienia, oprócz wycieczki do oddalonego o 80 km lodowca Perito Moreno. Lodowiec jest gigantyczny – długi na 14 km i wysoki na ok. 60 m, cały czas w ruchu – ok.2 m na dobę. Stoimy i obserwujemy kolosa – co jakiś czas odrywają się od niego wielkie bryły lodu, które z hukiem wpadają do jeziora. Przyroda jest niesamowita – wszędzie zielono, a pośrodku lodowiec!

Perito Moreno

Jedziemy do El Chalten, przez całą drogę niebo spowite jest gęstymi, szarymi chmurami…zaczyna padać, a do tego mocno wieje. Mimo to decydujemy się na camping – jest za darmo. Nasz namiot przechodzi chrzest bojowy – pierwszy deszcz…nie przemókł! W nocy się rozpogadza i nad ranem mamy rewelacyjny widok na szczyt Cerro Fitz Roy.

Parque Nacional Los Glacieres

W El Chalten zostajemy jeszcze dwa dni, chodzimy po górach, a właściwie u stóp gór. Niestety szczyt Cerro Torre – słynna wieża jest w chmurach i dopiero, gdy wyjeżdżamy odsłania się na chwilę. Pogoda tutaj jest bardzo zmienna, na przemian słońce i deszcz. Jutro ruszamy do Chile – do parku Torres del Paine.

Parque Nacional Los Glacieres

ruta de siete lagos

Do Bariloche docieramy w posępnym nastroju. Szukamy noclegu…okazuje się, że tutejsze pole namiotowe jest droższe niż nasz pokój w Buenos Aires; jak widać kurorty żądzą się własnymi prawami (cenami). Do tego okazuje się, że kupiliśmy za mały namiot! Jest tak mały, ze ledwo się w nim mieścimy z plecakami. Generalnie plecaki zajmują pół namiotu, a my ściśnięci drugie pół. Jedyny plus to to, że jest lekki po zwinięciu. Bariloche jest położone malowniczo nad jeziorem Nahuel Huapi. Ładne hotele, drogie restauracje – typowy kurort, na szczęście turystów już nie ma za wielu. Jednak to, co przykuwa naszą uwagę (głównie Magdy) to sklepy z czekoladkami (każdy sklep produkuje własne słodkości). Jest ich tu pełno, a wybór czekoladek jest ogromny – są przepyszne! Różne kształty, kolory, nadzienia…Jedynie wysoka cena powstrzymuje nas przed spróbowaniem wszystkich.

Postanawiamy wynająć samochód na dwa dni, aby przemierzyć trasę siedmiu jezior. Samo wynajęcie nie jest tanie – ok. $45 dziennie i to tego dzienny limit 200 km (za każdy dodatkowy kilometr trzeba ekstra płacić). Przy odbiorze samochodu proponują nam promocję – 3 dni w cenie 2 z tym samym limitem kilometrów. Decydujemy się, zawsze to jeden dzień dłużej – nie trzeba będzie się spieszyć. Okazuje się też, że samochód nie ma wspomagania!? Po zakupach w markecie ruszamy w drogę. Widoki są niesamowite, góry, jeziora jak w bajce! Dość szybko jednak kończy się asfalt i pojawia się szutrówka i to w remoncie! Zatrzymujemy się na darmowym kempingu; jedyna wada takiego noclegu to brak prysznica, ale mamy jezioro. Pomimo, iż to już końcówka lata, panuje straszny upał, krystaliczna woda w jeziorze zachęca do kąpieli…wskakujemy!


siete lagos (bariloche)

Buenos Aires

Z San Pedro jedziemy najpierw do Salty w Argentynie, a następnego dnia do Buenos Aires; w sumie ponad 30 godzin w autobusie. W Buenos panuje upał (ponad 30 stopni) i wilgoć – po 10 minutach jest się spoconym. Miasto bardzo nam się podoba, niesamowite budynki; trochę przypomina Paryż z kawiarniami na każdym rogu ulicy. Udało nam się znaleźć niedrogi hostel w samym centrum (jak określił to nasz znajomy – w samym sercu Buenos Aires) jest kuchnia, niedaleko supermarket, dobra kawiarnia i cukiernia.

Buenos Aires

Argentyna cenowo zbliżona jest do Polski – nawet ich waluta peso ma podobny kurs do dolara, co nasza złotówka teraz, więc łatwo jest przeliczać. Jedyne rzeczy, które są tańsze w supermarketach to mięso i wino, i tak też wyglądają nasze obiady:-)
Zwiedzamy najpierw centrum – Avenida Corrientes, Calle Florida i Lavalle – mnóstwo sklepów, restauracji, kin, teatrów. Recoleta, to przede wszystkim słynny cmentarz; nie ma na nim tradycyjnych grobów, ale wielkie mauzolea – z drzwiami i wentylacja – jak mini domy.
W niedzielę odwiedzamy dzielnicę San Termo – na ulicach jest targ staroci, muzyka i pokazy tanga na żywo. Dalej kolorowa La Boca z domami pomalowanymi na jaskrawe kolory, chociaż zbyt dużo tu turystów i turystycznych atrakcji, od których nie ma ucieczki.

La Boca,Buenos Aires

Na koniec zostawiamy sobie poszukiwanie taniego namiotu, nie jest to łatwe, ponieważ te w sklepach ze sprzętem turystycznym są koszmarnie drogie. Wybawieniem okazują się małe sklepiki dla wędkarzy, które mają również rzeczy na kemping. Kupujemy namiot, kuchenkę i karimaty; tak zaopatrzeni jutro wyruszamy dalej na południe.