Parę ostatnich dni spędziliśmy w Yogyakarcie. Upał panujący na ulicach i bardzo przyjemny, chłodny pokój w Dewi Homestay trochę nas rozleniwiły. Więcej czasu spędzaliśmy na wyszukiwaniu kolejnych przysmaków oraz soków owocowych, niż na odwiedzaniu turystycznych atrakcji. I tak znaleźliśmy tanie, świeże ananasy i soki z mango, rewelacyjne sate (kawałki kurczaka z grilla w sosie z orzeszków ziemnych) i super-słodkie lokalne słodycze z posypką z kokosa. Dodatkowo w naszym bagażu pojawiły się dwie, całkiem spore, drewniane figurki kobiety i mężczyzny. Oczywiście odwiedziliśmy też słynną świątynie Borobudur.
Wydostanie się z Yogyakarty nie było proste – znowu załapaliśmy się na wakacje tym razem indonezyjskie, wobec czego musieliśmy kupić bilety w najdroższej klasie pociągu – ‘eksekutif’ (w tańszej już nie było miejsc), która jak się okazało nijak nie przystaje do wysokiej ceny biletu.
Po dotarciu do Bandung kierujemy się do małej miejscowości Ciwidey na południu, a później do jeszcze mniejsze Rancabali. Mamy nadzieję, że uda nam się zobaczyć robotników pracujących na plantacjach herbaty. Ku naszemu rozczarowaniu na plantacjach nie ma żywej duszy – nie trafiliśmy na czas zbioru. Mimo, że plantacje są puste i tak wyglądają niesamowicie – są soczyście zielone.
Oprócz herbaty uprawia się tutaj na duża skalę także truskawki i większości lokalnych turystów przyjeżdża właśnie po nie. Wokół drogi pełno jest straganów z truskawkami, jednak biznes nie kończy się tylko na sprzedaży samych owoców – są też przeróżne gadżetu w kształcie truskawek – portfele, poduszki, plecaki, kapcie itp., oraz soki, dżemy, nawet pizza. Z truskawki wyciska się jak najwięcej
. Same owoce nie są tanie (ok. $2 za kilo) i nie tak smaczne jak u nas.
Nasz pobyt w Indonezji dobiega końca – dalej Singapur i Tajlandia.


