sól i flamingi

Z Uyuni wyjeżdżamy na trzydniową wycieczkę jeepem po bezdrożach Boliwii. Pierwszego dnia docieramy do Salar de Uyuni (zajmuje powierzchnię 10,582 km², co czyni go największym solniskiem świata). Robi na nas niesamowite wrażenie, jest ogromne, ciągnie się aż po horyzont. Z niedowierzania sprawdzamy biała powierzchnię – jest słona.

Salar de Uyuni

Salar de Uyuni

Po dwóch godzinach drogi wyrasta przed nami wyspa – Isla de Pescado (wyspa na pustyni solnej?!). Rosną na niej potężne kaktusy. Noc spędzamy w hotelu zbudowanym z cegieł solnych; podłoga na korytarzu i w pokojach pokryta jest solą. Następnego dnia widzimy pierwsze flamingi nad Laguną Canapa; dostojnie kroczą w płytkiej wodzie jeziora.

Laguna Canapa

Sama droga, mimo, iż jest mecząca sprawia nam olbrzymią radość, widoki za oknem są imponujące – pustynne równiny, ośnieżone szczyty gór, kolorowe laguny.

Bolivia

Bolivia

Wieczorem dojeżdżamy do najpiękniejszego jeziora – Laguny Colorada – jest różowe. Nie możemy się na nie napatrzeć.

Laguna Colorada

Laguna Colorada

Powoli zachodzi słońce i pojawiają się pierwsze gwiazdy, w nocy niebo tutaj mieni się tysiącem gwiazd. Ostatni dzień wycieczki zaczynamy pobudką o 4 rano – jedziemy zobaczyć gejzery, a później do granicy z Chile. Około południa docieramy do San Pedro de Atacama. Więcej zdjęć w naszej galerii na Flickr.

dziki zachód

Po krótkiej wizycie w Sucre i Potosi dotarliśmy do Tupizy, niewielkiej miejscowości położonej na południu Boliwii. Sam dojazd do niej zajął nam prawie cały dzień; zmuszeni byliśmy jechać autobusem dziennym, ponieważ nocny autobus dojeżdżał do Tupizy o 4 nad ranem. Podróż miała trwać osiem godzin, z początku wszystko szło dobrze, nawet byliśmy zaskoczeni tym, że kierowca nie robi żadnych przerw (jest to tutaj nagminne) i tak sprawnie pokonuje rzeki – jechaliśmy bitą drogą i kilkakrotnie autobus musiał przejechać przez szerokie acz płytkie koryto rzeki. Wszystko zmieniło się 20 km przed Tupizą, a więc prawie u celu (kierowca nie bez przyczyny pędził) – okazało się ze względu na remont drogi, jej spory fragment jest czasowo zamykany. Spóźniliśmy się, 20 min. wcześniej zamknięto drogę. Musieliśmy czekać ponad 4 godziny na ponowne jej otwarcie (głodni i spragnieni). Jadący z nami Argentyńczycy próbowali i prośbą i groźbą przekonać robotników, aby pozwolili nam przejechać, ale bezskutecznie. I tak zamiast 8 godzin jechaliśmy 12. Już zaczynaliśmy żałować, że zdecydowaliśmy się odwiedzić Tupizę, ponieważ jadąc do niej nadłożyliśmy spory kawałek drogi (a do tego ten postój), ale jej otoczenie wszystko nam zrekompensowało. Tupiza to takie senne miasteczko, jest przyjemna, choć nic szczególnego w niej nie ma. Za to jej okolica jest niesamowita – przypomina krajobraz z westernów – krwistoczerwone góry, rozległe wzgórza, przepiękne kaniony i wszędzie rosną olbrzymie kaktusy!

Around Tupiza

Around Tupiza

Valentine´s Day
coś na Walentynki

zrobiliśmy to! – Huayna Potosi 6.088 m n.p.m. – nasz pierwszy sześciotysięcznik!

Już w Ekwadorze zaczęło nas korcić, aby wybrać się na jakąś większą górę. Jednak baliśmy się, że nie damy rady – że będzie za wysoko, że nie mamy odpowiedniej aklimatyzacji, że za słabo u nas z kondycją. Później była Cordillera Blanca w Peru i trek Santa Cruz – wysokość nam nie dokuczała, a i na kondycję nie mogliśmy narzekać. Dlatego będąc w La Paz postanowiliśmy wspiąć się na Huayna Potosi – podobno jeden z łatwiejszych sześciotysięczników w Boliwii.

Huayna Potosi

Zaczynamy od znalezienia odpowiedniej agencji – najlepiej dobrej i niedrogiej. Nie jest to łatwe, bo tak jak zjazd drogą śmierci, tak i wejście na szczyt Huayna Potosi jest w ofercie praktycznie każdej agencji. Po paru godzinach wybieramy Travel Tracks – są stosunkowo tani (biorąc pod uwagę inne agencje), a do tego rekomendowani przez Lonely Planet. Musi zdecydować czy jedziemy na dwa czy na trzy dni – dłuższy wariant zawiera jednodniową praktykę na lodowcu. Decydujemy się na tańszą, dwudniową opcję. Teraz pozostaje wybrać buty – twarde plastikowe skorupy i resztę sprzętu – to, czego nie mamy pożyczą nam w agencji – nieprzemakalne spodnie, czekany, raki, druga czołówka, drugi śpiwór (ja mam za cienki). Następnego dnia wyjeżdżamy o godz. 9 – góra leży w odległości godziny drogi od stolicy. Dojeżdżamy na wysokość 4.700 m n.p.m – rzadko gdzie można podjechać taksówką prawie na wysokość Mont Blanc 🙂 Rozpoczynamy trzygodzinne podejście (z cały ekwipunkiem) do schroniska, które położone jest na wysokości 5.130 m n.p.m. Plecaki są okropnie ciężkie, a tu nie ma osiołków, które mogłyby pomóc nam je dźwigać. W końcu docieramy do celu; jest ładna pogoda, przed nami rozpościera się przepiękny widok na położoną w dole dolinę, widać też szczyt – robi wrażenie – wydaje się ogromny! Parę osób jest już w schronisku – śpią. Nam nie chce się spać, jest dopiero godz. 14. Zakładamy sprzęt i idziemy z przewodnikiem na lodowiec poćwiczyć – nigdy wcześniej nie chodziliśmy w rakach, nie używaliśmy też czekanów. Aby dojść do lodowca musimy przejść kamienisty fragment szlaku – w twardych butach jest to nie lada gimnastyka. Nasz przewodnik szedł w takich butach przez całą drogę do schroniska! Na całe szczęście chodzenie w rakach po lodowcu okazuje się dość proste. Resztę dnia spędzamy wylegując się na słońcu i podziwiając ośnieżone szczyty gór.

Cordillera Real

Po kolacji, o godz. 17 idziemy się położyć. Podejście na szczyt zaczniemy o 1 w nocy (o godz. 12 jest pobudka), więc trzeba się trochę przespać. Nie możemy spać, godziny ciągną się w nieskończoność, grobową ciszę przerywają tylko szeleszczenia śpiworów, sen nie nadchodzi, w głowie kotłują się myśli…Prawie ‘całą noc’ spędzamy starając się zasnąć. Około godz. 22 zaczyna się błyskać i grzmieć – burza…i cały entuzjazm opada – przy takiej pogodzie pewnie nie pójdziemy na szczyt. Po dwóch godzinach burza odchodzi, zamiast niej pada śnieg. Nasz przewodnik przychodzi nas obudzić (i tak nie śpimy); jemy niewielkie śniadanie i około godz. 1.00 wychodzimy. Na zewnątrz nic nie widać – jest ciemno, nie ma gwiazd i wciąż sypie. Dochodzimy do lodowca, zakładamy raki i wiążemy się liną – przewodnik idzie pierwszy, potem Magda, a na końcu ja. Zaczynamy podejście, do szczytu mamy jakieś 6 godzin i ponad 950 metrów przewyższenia. W świetle czołówki widać tylko niekończący się szlak, który wije się cały czas stromo pod górę. Na początku jest nam gorąco, potem przestaje padać i robi się coraz zimniej; śnieg, który stopił się na nas pozamarzał. Teraz droga prowadzi granią, snop światła z latarki po obu stronach ścieżki napotyka na bezkresną ciemność. Po paru godzinach drogi daje znać o sobie wysokość, brak snu i zmęczenie – każdy kolejny krok robi się coraz cięższy, w głowie pojawia się myśl: ‘po co się tu pcham?’. Nie mamy wody, zamarzła nam w rurce od camelbaka. W końcu zaczyna świtać – to dodaje nam otuchy, pojawiają się zarysy gór, odsłania się szczyt i widzimy, że już niedaleko. O świcie widoki są niesamowite – nierealne, jednak my jesteśmy zbyt zmęczeni i zmarznięci, żeby sięgnąć po aparat, rejestrujemy je w pamięci. Dotarliśmy! Jesteśmy na szczycie! Udało się pokonać 6.000 m! Niestety znowu się zachmurzyło i kompletnie nic nie widać. Schodzimy trochę niżej, odpoczywamy, chmury się rozchodzą, robimy parę zdjęć i ruszamy z powrotem do schroniska.

Huayna Potosi

Huayna Potosi

Teraz dopiero widzimy, iż wąska ścieżka, którą wspinaliśmy się na szczyt prowadziła wśród lodowych szczelin. Nasz przewodnik idzie ostatni, żeby w razie, czego móc nas utrzymać na linie. Do schroniska docieramy kompletnie wyczerpani, ale szczęśliwi – zrobiliśmy to! Za parę godzin będziemy w hotelu, w wygodnym łóżku. Podejście na Huayna Potosi było jedną z najbardziej wyczerpujących rzeczy, jak zdarzyło nam się zrobić, ale było warto!

droga śmierci

Taką nazwę zyskała droga łącząca La Cumbre do Coroico ze względu na ilość wypadków śmiertelnych. Droga schodzi z wysokość 4.700 m do 1.100 m na odcinku 64 km (3.600 m przewyższenia!). Jest stroma i wąska (3,2 m szerokości). Brak na niej asfaltu i barierek zabezpieczających, a urwiska mają wysokość do 600 m. Jednak, od kiedy zbudowano nową drogę ruch na drodze śmierci jest minimalny, a sama droga stała się atrakcją turystyczną. Praktycznie każde biuro turystyczne w La Paz oferuję zjazd ‘najniebezpieczniejszą drogą Świata’. Nie mogliśmy sobie odmówić takiej atrakcji.
Znalezienie odpowiedniego biura nie jest łatwe – te polecane w Lonely Planet są koszmarnie drogie, a z innymi nie wiadomo, na co się trafi. Do tego dochodzi kwestia roweru – z pełną amortyzacją czy też tańszy z amortyzatorem tylko z przodu. W końcu znaleźliśmy biuro Eco Jungle Tours, które za przystępną cenę ($ 46 na os.) oferowało rowery z pełną amortyzacją firmy Iron Horse (a do tej firmy mam duży sentyment 🙂 ). Jak się okazało, amortyzacja w rowerze bardzo się przydała…
Z La Paz wyruszamy z samego rana. Nasza grupa liczy 16 osób, w tym tylko 3 kobiety – większość to żadni wrażeń Australijczycy i Amerykanie. W La Cumbre (4.700 m) jest zimno – ok. 4 stopni, ale słonecznie.

Death Road

Zaczynamy zjazd – pierwsza część to nowa, wyasfaltowana droga, później dwa kilometry podjazdu i dojeżdżamy do szutrowej drogi. Nasz przewodnik jeszcze raz powtarza, żeby uważać i nie jechać za szybko. Od tego momentu droga robi się bardzo kręta.

Death Road

Cały zajazd jest niesamowity! Przepaści, przepiękne widoki, przejazd pod wodospadem, przez rzekę i wszędzie ta niesamowita zieleń. W powietrzu unosi się zapach przydrożnych kwiatów. Do Coroico docieramy cali i zdrowi – tu na dole jest bardzo gorąco, wręcz upalnie.

Death Road