przed wylotem

Ostatnie dni w Ameryce Południowej spędzamy w Valparaiso – miasto położone na wzgórza, nad oceanem, niedaleko Santiago. Stare miasto (zabytek UNESCO) to kręte uliczki, kolorowe domy, uliczne windy, którymi można dostać się do wyżej położonej dzielnicy – prawie jak Lizbona, choć nie aż tak urokliwe. Jest ciepło, słonecznie – miła odmiana po kilku ostatnich dniach w Patagonii, gdzie ciągle padało i było zimno.

Valparaiso

W poniedziałek wieczorem jedziemy na lotnisko – lecimy do Nowej Zelandii. Lot trwa 13 godzin, a my tracimy jeden dzień, wylatujemy 6 kwietnia a do Auckland dolatujemy 8-ego nad ranem. W Auckland pada i wcale nie jest zbyt ciepło – tu już też dotarła jesień.
Dzisiaj wypożyczamy samochód – małego campera i ruszamy w drogę – na północ.

Puerto Natales

W tej niewielkiej miejscowości zostajemy dzień dłużej niż pierwotnie planowaliśmy. Spacerujemy, wygrzewamy się w słońcu – jednym słowem odpoczywamy.  W powietrzu czuć już zbliżającą się zimę.

Puerto Natales

Puerto Natales

Został nam już niecały tydzień na południu. Później kilka dni w Santiago i Nowa Zelandia, ale ten czas leci…

w krainie wiatru i deszczu

Przed wyruszeniem do Torres del Paine zatrzymujemy się na jedną noc w miejscowości Puerto Natales. Robimy zapasy i przepakowujemy plecaki – część rzeczy zostawimy tutaj. Oczywiście już od granicy (tj. 20 km przed Puerto Natales) zaczyna lać jak z cebra, niebo zasnute jest ciemnymi chmurami i porywiście wieje. Mimo to decydujemy się wyruszyć następnego dnia do parku. W domu (bo to bardziej dom niż hostel), w którym mieszkamy nie ma żadnych innych gości; wieczorem siedzimy sobie przy piecyku, w pokoju jadalnym, popijając winko, jest przyjemnie ciepło…aż nie chce się jechać. Tej nocy śpimy kamiennym snem, po dwóch tygodniach spędzonych w namiocie, w końcu łóżko 🙂 Rano wstajemy o godz. 7; jest dziwnie ciemno i cicho na zewnątrz – okazuje się, że zapomnieliśmy o zmianie czasu.
Po trzech godzinach jazdy autobusem wyruszamy na szlak, ku naszej radości nie pada. Chociaż tu jest już końcówka sezonu turystycznego, to dalej jest sporo ludzi (w sezonie musi tu być tłoczno jak na Giewoncie). Śpimy na darmowych polach kempingowych – sam wstęp do parku to $25, więc przynajmniej na noclegu staramy się zaoszczędzić. Drugiej nocy cały czas pada i robi się bardzo zimno, mocno wieje, budzimy się kilkakrotnie, aby sprawdzić czy z namiotem wszystko ok. i czy nie przecieka. Rano wyruszamy do Valle del Frances, widać, że w nocy tutaj spadł świeży śnieg. Po trzech godzinach marszu docieramy na punkt widokowy, przed nami rozpościera się zielona dolina, ponad naszymi głowami ośnieżone szczytu gór – jest pięknie!

księżycowa dolina

Pierwszego dnia w San Pedro przeżywamy szok – wszystko jest strasznie drogie. Za nocleg płacimy ponad 3 razy więcej niż w Boliwii. Samo miasteczko przypomina kurort – same hotele, restauracje i pełno chilijskich turystów. W sumie jest plaża (pustynia Atacama) i tylko morza brakuje. W dzień jest tu strasznie gorąco i dopiero pod wieczór przyjemnie się ochładza.

San Pedro de Atacama

Okolica San Pedro pełna jest atrakcji – gejzery, ciepłe źródła, niesamowite formacje skalne. Oczywiście do większości z nich trzeba wykupić wycieczkę. Na szczęście niektóre są dość blisko i można dostać się tam na własną rękę. W niedzielne popołudnie wypożyczamy rowery i jedziemy do Valle de la Luna. Wciąż jest gorąco, ale lekka bryza sprawia, że jedzie się bardzo przyjemnie. Do doliny docieramy przed zachodem słońca – jest bajecznie, skały mienią się różnymi kolorami.

Valle de la Luna

Valle de la Luna