bezdroża

Ostatni tydzień spędziliśmy głównie w różnych busach na wyboistych drogach północno-wschodniego Syczuanu. Widoki za oknem przepiękne – ośnieżone szczyty gór, porośnięte trawą wzgórza, ciągną się po horyzont łąki, małe wioski z tradycyjnymi, tybetańskimi domami; droga koszmarna – przejechanie 100 km zajmuje 4-5 godzin. Dodatkowo, zawsze istnieje problem z biletami autobusowymi, których brak. Bilety trzeba kupić dzień wcześniej (najlepiej czekać rano jeszcze przed otwarciem okienka), Chińczycy pchają się niemiłosiernie. Zdarzyło nam się, że kasjerka nie sprzedała biletów ‘białym’, chociaż byli pierwsi w kolejce (wśród nich my), tylko swoim rodakom (bocznym wejściem), a dla nas już ich nie było. Generalnie jesteśmy dość mocno zmęczeni Chinami; tutaj załatwienie czegokolwiek przychodzi z trudem. Mamy rozmówki, słowniczek, pokazujemy słowa, tłumaczymy na migi i nic – nie pojawia się nić porozumienia, niektórzy ludzie jakoś nie łapią o co nam chodzi (wcześniej podczas naszej podróży nigdy nie mieliśmy z tym kłopotów).

Ganzi

Around Ganzi

Around Tagong
Okolice Tagong

‚tashi dele’ – hello!

Planowaliśmy przejechać z Chin przez Tybet do Nepalu. Jednak w marcu tego roku władze w Pekinie jeszcze bardziej obostrzyły zasady poruszania się po Tybecie przez obcokrajowców (już wcześnie było wymagane szczególe pozwolenie na wjazd do tego regionu). Oczywiście wszystko to pociągnęło za sobą wzrost kosztów podróży. Obecnie w Tybecie można poruszać się tylko z przewodnikiem. Generalnie cały pobyt musi być załatwiony przez agencję turystyczną. Dzienny koszt podróży i pobytu w Tybecie to ok. 100 USD na osobę – dla nas zbyt wysoki; dlatego postanowiliśmy dojechać najbliżej jak się da do granicy z Tybetem a później polecieć do Malezji, a stamtąd do Indii. Ten wariant jest najtańszy, no i będziemy mieć kilka dni na plaży, czekając na wizy do Indii.
Litang jest malowniczo położone na rozległym płaskowyżu wśród gór. Większość mieszkańców miasteczka to Tybetańczycy – ciekawie ubrani i bardzo pogodni.

Litang

Litang

Litang

Już pierwszego dnia zwiedzamy tybetański klasztor górujący nad miejscowością, po którym oprowadza nas jeden z mnichów.

Litang

Litang

Kolejne dni spędzamy wędrując po okolicy i odwiedzają mieszkających w namiotach Tybetańczyków; chociaż żyją bardzo skromnie to są niesamowicie gościnni. Zapraszają nas do swoich domów, częstują mlekiem jaka, herbatą i czymś zbliżonym do owsianki.

Litang

Litang

Litang

Litang

Litang

Litang

Litang

Dali

Po 22 godzinach spędzonych w pociągu i następnych 5-ciu w autobusie jesteśmy w Dali – małej, urokliwej miejscowości znajdującej się w prowincji Yunnan. Niestety jest to kolejne miejsce, które znajduje się na szlaku turystycznym Chińczyków. Jednak pierwszego dnia pogoda nam sprzyja – pada deszcz, więc na ulicach jest znacznie spokojniej.

Dali

Dali

Dali

Chcemy uciec od tłumów dlatego zmieniamy trochę plany i zamiast do Lijang ruszamy bezpośrednio do Litang położonego w prowincji Syczuan. Bezpośrednio, czyli trzy dni jazdy i dwa niezbyt ciekawe noclegi. Drugiego dnia nasz autobus zagrzebuje się w błotnistej drodze i musimy wyciągać go na linach.

Litang

W Xiangcheng, w którym mamy się przesiąść, nie ma biletów na następny dzień do Litang, więc razem z pięcioma innym osobami wynajmujemy minivana. Droga wiedzie wysoko w górach, przez przełęcz na wysokości 4.600 m. W końcu padnięci docieramy do celu; w Litang zatrzymamy się na kilka dni.

upał

Od kilku dni jesteśmy w Chinach – samolotem docieramy do Guangzhou, a później autobusem do Yangshou – niewielkiej miejscowości położonej w bardzo malowniczej scenerii.

Yangshuo

Yangshuo

Jednak zwiedzanie jej okolicy utrudnia pogoda, a ściślej niesamowity upał. Nie, żeby w Indonezji czy Tajlandii było chłodniej, jednak tutaj połączenie wysokiej temperatury i dużej wilgotności jest dla nas nie do wytrzymania. Do tego załapaliśmy się na chińskie wakacje – mimo, iż w Azji jesteśmy od kilku miesięcy, to dawno już nie widzieliśmy takich tłumów – Krupówki w szczycie sezonu to nic w porównaniu z uliczkami Yangshou o tej porze roku. Eksplorowanie terenu ograniczamy do wczesnych godzin rannych tj. 6 – 11 i po raz pierwszy podczas naszej podróży bierzemy pokój z klimą, w którym spędzamy sporo czasu 🙂

P.S. Spotkaliśmy bardzo sympatyczną parę z Hiszpanii, która przez rok podróżowała po Afryce na rowerach a teraz kontynuuje swoją wyprawę w Azji  www.getjealous.com/isidro/ (po hiszpańsku) .