wschód słońca

Po wizycie w Wellington i nocy na parkingu portowym płyniemy promem na południową wyspę (przeprawa promowa dostarcza niesamowitych widoków). Tam ruszamy w kierunku parku Abel Tasman. W parku, przez dwa dni podróżujemy kajakiem morskim (śpimy pod namiotem). W biurze, w którym go wynajmujemy przechodzimy krótki instruktaż – co i jak. Następnie wodna taksówka zawozi nas wraz z kajakiem do parku. Kajak okazuje się dość pojemny, po spakowaniu naszych rzeczy zostaje jeszcze wolne miejsce. Samo kajakowanie okazuje się dość proste, trzeba jednak uważać, o jakiej porze dnia gdzie się wpływa – różnica między przypływem i odpływem dochodzi tutaj do ok. 6 m i będąc nieuważnym można nieźle utknąć gdzieś w głębi plaży lub stracić kajak.

New Zealand - South Island

New Zealand - South Island

Po kajakach kierujemy się na wschodnie wybrzeże, do miejscowości Kaikoura – droga prowadzi początkowo przez jesiennie kolorowe winnice, a później dochodzi do wybrzeża i jedziemy wzdłuż czarnej plaży!

New Zealand - South Island

Magda zauważa na skałach foki – zatrzymujemy się i zaczyna się sesja fotograficzna 😉

New Zealand - South Island

Z Kaikoura organizowane są wycieczki, których celem jest oglądanie wielorybów w ich naturalnym środowisku, albo ze statku albo z samolotu. Zobaczyć wieloryba…choć pokusa jest ogromna, musimy odpuścić, jest to dla nas spory wydatek (140 NZD – ok. 280 PLN od os.), może następnym razem…
Dzisiejszy wieczór spędzamy w pralni – jak romantycznie 😉 Są gniazdka, więc czekając na pranie ładujemy sprzęt.

New Zealand - South Island

Później, jak prawie co noc, szukamy miejsca do spania ‘na dziko’. Strategia jest taka – od około godz. 16 (o godz. 18 jest już ciemno) zaczynam się rozglądać, czasami przed lub za jakąś niewielką miejscowością trafi się miejsce piknikowe bez tabliczki ‘no camping or overnight sleeping’; generalnie nie jest prosto. Czasami się udaje, a czasami nie. Tym razem trafiliśmy w dziesiątkę – nad samym morzem! Wschód słońca był przepiękny.

New Zealand - South Island

New Zealand - South Island

w głębi lądu

Po wizycie na północy i krótkim przystanku w Auckland jedziemy na przylądek Coromandel po więcej morza, plaż i zachodów słońca.

New Zealand - North Island

New Zealand - North Island

Przez kilka dni podróżujemy od plaży do plaży, kończą na Hot Water Beach, gdzie w czasie odpływy spod piasku wypływa ciepła woda, a wszyscy kopią sobie doły, takie ‘wanny’ z ciepła wodą.
Następnie ruszamy w głąb lądu przez Rotarua i Taupo do parku Tongariro, gdzie wybieramy się na Tongariro Crossing – jednodniowy szlak między wulkanami. Wspinamy się na Mt Ngauruhoe (2.287 m), Górę Przeznaczenia z Władcy Pierścieni. Podejście na wulkanu jest strome i mozolne – dwa kroki w przód, jeden w tył. Widok ze szczytu rekompensuje męczącą wspinaczkę – jesteśmy ponad chmurami!

New Zealand - North Island

New Zealand - North Island

Wieczorem moczymy się w termalnych basenach. Dalej zmierzamy na zachód, żeby zobaczyć Mt Taranaki. Jedziemy droga zwaną Forgotten World Highway, która wieje się pomiędzy zielonymi pagórkami i małymi wioskami. Na całej 150 km trasie nie ma ani jednej stacji benzynowej. Pod Mt Taranaki docieramy na zachód słońca.

New Zealand - North Island

P.S.
Dużym zaskoczeniem w NZ jest brak darmowego Internetu. Nawet w kawiarniach z wifi trzeba ekstra płacić za dostęp – kilka dolarów za pół godziny. I tak jeździmy powoli po niemalże każdej większej miejscowości szukając niezabezpieczonego sygnału – czasami się udaje 😉

tam, gdzie nie ma asfaltu

Do wioski Quilotoa położonej na wysokości 3.800 m docieramy w strugach deszczu. Szybko znajdujemy nocleg. Główną atrakcją tutaj jest przepięknie położone (w kraterze wulkanu) jezioro – Laguna de Quilotoa, jednak w tym momencie główną atrakcją dla nas okazuje się mały piecyk w naszym pokoju, gdyż robi się coraz zimniej. Rąbiemy drewno, rozpalamy i po kilku chwilach pokój wypełnia przyjemne ciepło. Nazajutrz wita nas słońce; wybieramy się na spacer – schodzimy w dół do jeziora. Mamy je tylko dla siebie 🙂

Laguna de Quilotoa

Po południu pojawiają się pierwsi turyści (którzy przyjeżdżają zazwyczaj z biur podróży) a razem z nimi chmury; około godz. 13 nic już nie widać. Ruszamy dalej do miejscowości Chigchulan – idziemy do skrzyżowania, gdzie o godz. 14 ma przejeżdżać autobus (jeden dziennie). Czekamy…przyjeżdża samochód, wysiadają jacyś ludzie, mówią, że autobus już pojechał (godzinę wcześniej) i jedyna opcją jest jazda pickupem (oni też jadą tam gdzie my). Godzina podróż po wyboistej drodze w zakrytym pickupie nie należy do najprzyjemniejszych. Mała wioska Chigchulan jest dość dziwnym miejscem, gdyż są tu aż trzy wielkie hotelu o angielskich nazwach. My wybieramy najtańszy – Cloud Forrest. Jutro sylwester a opcji dalszej podróży nie ma za wiele – można zostać albo pojechać dalej autobusem o godz. 3 rano. Jest też ciężarówka rozwożąca mleko, która zabiera pasażerów i wyrusza ok. 9.30; ta opcja podoba nam się najbardziej. Po śniadaniu, spakowani czekamy na nasz transport. Czekamy i nic – po jakimś czasie właścicielowi hotelu przypomina się, że w Sylwestra ta ciężarówka nie jeździ…następny autobus o godz. 3 nad ranem w Nowy Rok – ciekawe czy kierowca będzie trzeźwy?
Czekamy dalej – może coś przyjedzie…Czekamy ponad godzinę – przyjeżdża srebrny pickup. Okazuje się, że kierowcą jest francuski turysta, który jeździ po Ekwadorze wynajętym samochodem a dzisiaj zmierza dokładnie do miejsca, do którego chcemy dotrzeć. Ofiaruje się nas zabrać i to za free; pakujemy się na pakę i ruszamy. Górska droga dostarcza niesamowitych wrażeń.

Quilotoa Loop

Kierowca mlekowozu wiedział co robi nie jadą w Sylwestra – co kilka kilometrów pojawiają się prowizoryczne szlabany, a wokół poprzebierani tubylcy; aby móc jechać dalej trzeba się wykupić – na początku jest to miłe urozmaicenie, ale po jakimś czasie kończą nam się drobne, a bramek jest coraz więcej. Docieramy do celu ubożsi o kilka dolarów, ale podróż była rewelacyjna. Jest jeszcze dość wcześnie więc postanawiamy jechać dalej na południe do miejscowości Baños, położonej u stóp czynnego wulkanu Tungurahua.

Honduras

Pobudka o 3.30 w nocy, 6 nieprzespanych godzin, ściśnięci w mały busie, formalności i opłaty na granicy – jesteśmy w Hondurasie! 22 grudnia mamy lot z San Jose (Kostaryka) do Quito (Ekwador) stąd takie szybkie tempo w Ameryce Centralnej. Spędzamy sporo czasu w busach i autobusach podziwiając przepiękne widoki zza okien i obserwując współtowarzyszy podróży.

Curious one

Trzeba przyznać, iż tutejsza komunikacja działa bez zarzutu – jeszcze nie zdążymy dobrze wysiąść z jednego autobusu a już znajduję się ktoś, kto pyta nas gdzie chcemy dojechać i zaraz wskazuje nam  kolejny autobus. Na trasie nie ma wyznaczonych przystanków, a autobus zatrzymuję się zawsze i wszędzie, gdzie znajdzie się chętny pasażer.
Wczoraj zwiedzaliśmy ruiny Majów w Copan. Dzisiaj dotarliśmy do Gracias – małej miejscowości położonej w górach. Jutro chcemy wybrać się do Parque Nacional Montana de Celaque – jest to jeden z najpiękniejszych parków narodowych w Hondurasie.
Niestety jedzenie nie jest tu ani tak dostępne ani tak dobre jak w Azji, gdzie na każdym rogu ulicy można było kupić coś dobrego.