Cuenca

Kolonialne budynki, majestatyczne kościoły, wąskie brukowane uliczki i przytulne kawiarnie z przepysznymi łakociami zatrzymały nas w Cuence na kilka dni. Jest też biblioteka z darmowym internetem wifi 🙂

Cuenca

nowy rok

Ostatnie dni grudnia były dla nas dość intensywne, a pobyt w Baños pozwolił nam na chwilę odpoczynku…ale od początku – do Baños docieramy około godz. 17 w Sylwestra. Jest to swego rodzaju kurort – góry, ciepłe źródła i masa różnego rodzaju ‚atrakcji’. Na ulicach tłum jak na Krupówkach, pełno ekwadorskich turystów i przebierańców (w większości mężczyźni przebrani za kobiety lub diabły). W każdych drzwiach czeka przygotowana kukła, którą o północy pali się (wiele z nich przedstawia tutejszych polityków, widzieliśmy też jedną nazwaną Barack Homama). Oczywiście są też fajerwerki, muzyka i zabawa do białego rana.
Z Baños ruszamy do Riobamby, położonej w pobliżu najwyższego szczytu w Ekwadorze – wulkanu Chimborazo – 6.310 m n.p.m. (biorąc pod uwagę położenie blisko równika jest to punkt najdalej położony od środka Ziemi). Riobamba sprawia wrażenie opustoszałej, ciężko jest znaleźć otwartą restaurację lub agencję turystyczną – pewnie wszyscy pojechali na długi weekend do Baños. W końcu udaję się – trafiamy na agencję, które organizuje zjazdy na rowerach spod stóp wulkanu Chimborazo. Mimo, iż biuro ProBici jest dość niepozorne, znajduję się na piętrze sklepu z tekstyliami, to ich oferta jest najciekawsza; inne agencje oferują zjazd główną drogą (w większości asfaltową), a tu będziemy jechać bocznymi drogami. Decydujemy się – przymierzamy kaski, rękawiczki i próbujemy rowery. Co do rowerów to mają tu głównie klasykę takich firm jak Trek czy Specialized (każdy zadbany i z przednim amortyzatorem), ale jest też kilka nowych, my bierzemy dwa rowery Kona – krótka przejażdżka, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. i jesteśmy gotowi na wyprawę. Oprócz nas jedzie też Szwajcar i trójka młodych studentów z Korei. Wyruszamy nazajutrz rano – jedziemy terenową Toyotą z zamocowanymi rowerami. Początkowo jest dość pochmurnie i nie widać gór, ale już w połowie trasy przejaśnia się, zza chmur wyłania się ośnieżony szczyt Chimborazo. Samochód podwozi nas na wysokość 4.800 m, my podchodzimy jeszcze 200 metrów do drugiego schroniska – jesteśmy na 5.000 metrów!

Chimborazo

Stąd wyrusza się na szczyt wulkanu – konieczne są czekany i raki, podchodzenie (8 godzin) trzeba zacząć o północy, aby na szczycie znaleźć się nad ranem. Wracamy do samochodu, gdzie czekają nasze rowery. Zjazd jest rewelacyjny, a widoki niesamowite.

Chimborazo

Po drodze mijamy stada vicuni i alpaków. Do Riobamby docieramy przed godz.18, także kupujemy jeszcze bilety na pociąg na następny dzień. Jest to specjalny pociąg, ponieważ miejscówki są na dachu, przygotowanych do tego, wagonów towarowych.

Train from Riobamba

Indigenous people of Ecuador

P.S. Najlepsze życzenia Noworoczne!

tam, gdzie nie ma asfaltu

Do wioski Quilotoa położonej na wysokości 3.800 m docieramy w strugach deszczu. Szybko znajdujemy nocleg. Główną atrakcją tutaj jest przepięknie położone (w kraterze wulkanu) jezioro – Laguna de Quilotoa, jednak w tym momencie główną atrakcją dla nas okazuje się mały piecyk w naszym pokoju, gdyż robi się coraz zimniej. Rąbiemy drewno, rozpalamy i po kilku chwilach pokój wypełnia przyjemne ciepło. Nazajutrz wita nas słońce; wybieramy się na spacer – schodzimy w dół do jeziora. Mamy je tylko dla siebie 🙂

Laguna de Quilotoa

Po południu pojawiają się pierwsi turyści (którzy przyjeżdżają zazwyczaj z biur podróży) a razem z nimi chmury; około godz. 13 nic już nie widać. Ruszamy dalej do miejscowości Chigchulan – idziemy do skrzyżowania, gdzie o godz. 14 ma przejeżdżać autobus (jeden dziennie). Czekamy…przyjeżdża samochód, wysiadają jacyś ludzie, mówią, że autobus już pojechał (godzinę wcześniej) i jedyna opcją jest jazda pickupem (oni też jadą tam gdzie my). Godzina podróż po wyboistej drodze w zakrytym pickupie nie należy do najprzyjemniejszych. Mała wioska Chigchulan jest dość dziwnym miejscem, gdyż są tu aż trzy wielkie hotelu o angielskich nazwach. My wybieramy najtańszy – Cloud Forrest. Jutro sylwester a opcji dalszej podróży nie ma za wiele – można zostać albo pojechać dalej autobusem o godz. 3 rano. Jest też ciężarówka rozwożąca mleko, która zabiera pasażerów i wyrusza ok. 9.30; ta opcja podoba nam się najbardziej. Po śniadaniu, spakowani czekamy na nasz transport. Czekamy i nic – po jakimś czasie właścicielowi hotelu przypomina się, że w Sylwestra ta ciężarówka nie jeździ…następny autobus o godz. 3 nad ranem w Nowy Rok – ciekawe czy kierowca będzie trzeźwy?
Czekamy dalej – może coś przyjedzie…Czekamy ponad godzinę – przyjeżdża srebrny pickup. Okazuje się, że kierowcą jest francuski turysta, który jeździ po Ekwadorze wynajętym samochodem a dzisiaj zmierza dokładnie do miejsca, do którego chcemy dotrzeć. Ofiaruje się nas zabrać i to za free; pakujemy się na pakę i ruszamy. Górska droga dostarcza niesamowitych wrażeń.

Quilotoa Loop

Kierowca mlekowozu wiedział co robi nie jadą w Sylwestra – co kilka kilometrów pojawiają się prowizoryczne szlabany, a wokół poprzebierani tubylcy; aby móc jechać dalej trzeba się wykupić – na początku jest to miłe urozmaicenie, ale po jakimś czasie kończą nam się drobne, a bramek jest coraz więcej. Docieramy do celu ubożsi o kilka dolarów, ale podróż była rewelacyjna. Jest jeszcze dość wcześnie więc postanawiamy jechać dalej na południe do miejscowości Baños, położonej u stóp czynnego wulkanu Tungurahua.

Rucu Pichincha – 4.700 m n.p.m.

Ekwadorczycy nie obchodzą Wigilii tak uroczyście jak my. W hostelu, w którym mieszkamy zauważyliśmy, iż cała rodzina zebrała się dopiero późnym wieczorem na wręczanie sobie prezentów, nie było wcześnie wspólnego posiłku tak jak ma to miejsce w Polsce. Natomiast przez kolejne dwa dni trwały odwiedzimy bliskich i przyjaciół. Tutaj w okresie świątecznym sklepy są otwarte, a ruch na ulicach jest większy niż w zwykłe dni – tak jakby każdy chciał nadrobić wszystko to, na co normalnie nie ma czasu – wesołe miasteczko, lody, wspólna wycieczka. Oczywiście wszyscy są odświętnie ubrani.
W pierwszy dzień świat wybraliśmy się z samego rana zobaczyć krater wulkanu Pululahua. Wulkan zapadł się tworząc piękną, ogromną, zieloną dolinę otoczoną górami.

Pululahua

W drugi dzień świat wdrapaliśmy się na Rucu Pichincha – 4.700 m n.p.m.!!! Kolejką – teleferiQo wjechaliśmy na Cruz Loma – 4.100 m, a następnie przez 3 godziny wspinaliśmy się na szczyt. Pogoda nie do końca nam się udała, ponieważ były chmury i na szczycie nic nie widzieliśmy. Za to po drodze czasami się przejaśniało i mogliśmy podziwiać widoki. Podobał nam się szlak, początkowo wśród wysokich traw – trochę jak w Bieszczadach na połoninach, później bardziej skalisty. Na takiej wysokości człowiek szybciej się męczymy i czasami ciężko złapać oddech.

Rucu Pichincha

Wczoraj byliśmy w Otavalo, miejscowości położonej na północ od Quito. W każdą sobotę to małe miasteczko zamienia się w ogromny targ, gdzie każda ulicę wypełniają stragany. Jest tu wszystko – owoce, zwierzęta, a przede wszystkim pełno lokalnych tkanin, ubrań i biżuterii.

Otavalo

Otavalo

Po południu wracamy do Quito, ulice są puste – już po świętach…

truskawki w Quito

Pobudka rano, przesiadka w Panama City i jesteśmy w Ameryce Południowej. Już z okna taksówki widzieliśmy, że Quito nam się spodoba; położone malowniczo w andyjskiej dolinie zapiera dech w piersiach (nie tylko ze względu na wysokość na jakiej się znajduje – 2850 m n.p.m.).
Dzisiaj od rana chodzimy, podziwiamy i podpatrujemy. Kolejki w sklepach, tłumy na ulicach, ładnie przyozdobione szopki w kościołach – jednym słowem święta już tuż tuż. Prawie jak w Polsce, tylko dużo cieplej, no i mają truskawki w grudniu 🙂

Christmas queue

Quito

Jutro Wigilia, więc pójdziemy na targ zjeść świeża rybkę (chociaż pewnie karpia nie znajdziemy, barszczu z uszkami też nie będzie). Szkoda, że nie można przenieść się do domu i spędzić ten czas z rodziną.
Życzymy wszystkim Wesołych Świat!