dlaczego lubimy zimę

Pomimo mrozu i krótkiego dnia warto się wybrać w góry. Chociażby dla takich widoków:

Winter in Tatra mountains

Winter in Tatra mountains

Winter in Tatra mountains

P.S. Kalendarz pojawi się dziś lub jutro.

poprzedni weekend

Tapeta na listopad w wersji polskiej i angielskiej – tym razem mniej egzotycznie, bo zdjęcie zrobione na Słowacji.

Kolejny weekend spędziliśmy w górach – tym razem był Turbacz (tak po drodze) a później Tatry. Na Turbaczu było 5 cm śniegu, wiec postanowiliśmy odpuścić sobie Tatry Wysokie i pierwszy raz odwiedziliśmy Tatry Bielskie. Naprawdę było warto, bo widoki niesamowite. No i jakoś tak spokojniej.

Turbacz

Tatra Mountains

Tatra Mountains

reaktywacja

Od zakończenia naszej podróży minął już prawie rok i nasz blog trochę podupadł. Jednak szkoda nam się z nim definitywnie rozstawać, dlatego postanowiliśmy kontynuować nasze wpisy.  Temat pozostaje bez zmian – czyli podróż małe i duże.  Póki co będą to miejsca mniej egzotyczne, niż te do których Was przyzwyczailiśmy. Na początek kilka migawek z Tatr.

Tatra mountains

Tatra mountains

Tatra mountains

P.S. Jakby ktoś był w Opolu to nasze zdjęcia z podróży powinny wisieć w Szarej Willi jakoś do połowy listopada.

tam, gdzie mieszkają kangury

Już z samolotu widać jak rozległe jest Sydney – miasto ciągnie się kilometrami. Na przedmieściach prawie nie ma wysokiej zabudowy, wszędzie są tylko niskie domki mieszkalne. My zatrzymujemy się u znajomego w Haberfields – jak w każdej dzielnicy i tu jest małe centrum z kawiarniami i restauracjami. Centrum Sydney to głównie port i jego okolice, nad starymi budynkami górują wielkie biurowce. To, co rzuca nam się w oczy to ludzie na ulicach – w większości Azjaci – można pomyśleć, że jest się w Azji.
Przez kilka dni zwiedzamy – najbardziej podoba nam się rejon Darling Harbour – szczególnie o zachodzie słońca, gdy port odbija się w wysokich wieżowcach.

Sydney

Monorail in Sydney

Będąc w Sydney nie można nie wybrać się na jedną z plaż – my odwiedzamy aż trzy – Manly, Bondi i Coogee; jest ciepło, przyjemnie, chociaż jest już prawie zima to woda nadal ma 21 stopni.

Bondi beach

Wypożyczamy samochód i robimy sobie kilkudniową wycieczkę na północ, wzdłuż wybrzeża, szukając idealnej plaży 😉 Jazda samochodem po Sydney jest koszmarna – w zależności od pory dnia skrajny pas ruchu staje się parkingiem, na słupach pod znakami drogowymi umieszczona jest cała masa tabliczek z napisami skierowanymi do kierowców np. w pobliżu szkoły jest ograniczenie do 40 km/h, a pod nim – w godz. 8 – 9.30 i 14 – 15.50 w dniach szkolnych, przy tak dużym ruchu człowiek nie nadąża z ich czytaniem! Nie mówiąc już o tym, że bez dobrej mapy czy GPSa poruszanie się po plątaninie ulic jest jak błądzenie po labiryncie.
Jesteśmy w Blue Mountain, górach położonych niedaleko Sydney – okolica przypomina trochę Wielki Kanion, tylko jest dużo więcej zieleni. Niestety popsuła się pogoda, cała noc pada deszcz – śpimy w samochodzie.

Blue Mountains

Pojutrze lecimy na tydzień na północ Australii do Darwin, a później ruszamy do Indonezji. Jeszcze nie udało nam się zobaczyć kangurów…

Mount Cook

Prognoza pogody na następne parę dni w regionie Fiordland nie jest najlepsza – zimno i deszcz, a nam zostało już tylko parę dni w Nowej Zelandii. Postanawiamy pojechać w głąb południowej wyspy, w region Mt. Cooka – najwyższej góry w Nowej Zelandii. Już po kilkudziesięciu kilometrach na północ znikają chmury i pojawia się słońce. Po drodze śpimy nad rzeką, w nocy robi się bardzo zimno, rano na szybach jest szron (jest już za zimno na spanie w samochodzie). Jednak na niebie nie ma ani jednej chmurki – widoki są przepiękne.

New Zealand - Mount Cook

New Zealand - Mount Cook

W przeddzień wyjazdu fundujemy sobie kąpiel w gorących źródłach, a potem ruszamy do Queenstown. Miasteczko jest rewelacyjnie położone – nad jeziorem, wśród gór, w pewnym momencie zaczyna sypać śnieg – tu też dotarła już zima. Czas ruszyć w cieplejsze rejony, za dwie godziny mamy lot do Sydney.

Cordillera Blanca

Samo Huaraz nie jest zbyt urokliwe, jednak jego położenie nie ma sobie równych. Miejscowość ta znajduje się u podnóża drugiego, co do wielkości (zaraz po Himalajach) pasma górskiego na Świecie – Cordillera Blanca.
Gdy tu docieramy jest pochmurnie i pada, nie widać gór. Jest pora deszczowa i pada prawie codziennie. Idealnie było by tu przyjechać latem, ale my niestety nie mamy takiej możliwości. Jednak plusem tej pory roku jest niski sezon, a więc niewiele turystów i niższe ceny.
Chcemy iść w góry. Sprawdzamy oferty w agencjach turystycznych, decydujemy się na czterodniowy trekking Santa Cruz. Trasa ma ok. 54 km długości, w najwyższym punkcie wspina się na przełęcz na wysokości 4.750 m n.p.m. – mapa .
dzień 1
Wyjeżdżamy z Huaraz o godz. 6 rano, razem z nami jedzie jeszcze piątka turystów (dwóch Amerykanów i Amerykanka, Francuska , Koreańczyk) i przewodnik – Abel. Po godzinie dojeżdżamy do miejscowości Yungay, gdzie przesiadamy się do kolejnego minibusa i kierujemy się do wioski Vaqueria, gdzie zaczyna się szlak. Po drodze mijamy piękne, turkusowe jezioro Llanganuco. Droga wiję się w górę, a za oknem robi się biało. Nasz minibus mozolnie wspina się na przełęcz na wysokość 4.767 m n.p.m., z której zostaje już tylko parę kilometrów do Vaquerii. W pewnym momencie coś się psuje w układzie kierowniczym naszego pojazdu i mamy przymusową przerwę w podróży. Na szczęście nie jest to nic poważnego i po godzinie ruszamy dalej. W Vaquerii czekają na nas nasi tragarze, czyli czwórka uroczych osłów, wraz z kundelkiem i donkey driver’em (poganiacz do osiołków). Donkey driver ładuje namioty, bagaże i jedzenie, a my rozmawiamy z turystami, którzy szli naszym szlakiem z przeciwnego kierunku. Są przemoczeni – mówią, że cały czas padało i nic nie było widać…
Ruszamy. Przechodzimy przez niewielką wioskę i zaczynamy podejście.

Trekking Santa Cruz

Po dwóch godzinach zaczyna padać – czy tak będzie przez następne cztery dni? Zmoczeni i zmarznięci docieramy do miejsca pierwszego biwaku. Rozbijamy namioty. Przewodnik przyrządza rewelacyjny obiad – gorąca zupa poprawia wszystkim humor.
dzień 2
Abel budzi nas o godz. 5.20 kubkiem gorącej herbaty z liśćmi koki (taką herbatę piję się po to, aby nie mieć choroby wysokościowej). Jest przeraźliwie zimno, ale na niebie nie ma ani jednej chmurki. Ośnieżone szczyty gór w blasku wschodzącego słońca wyglądają przepięknie.

Trekking Santa Cruz

Jemy śniadanie i zbieramy namioty. Rozpoczynamy podejście na przełęcz Punta Union – 4.750 m n.p.m. Idziemy szeroką dolina otoczeni sześciotysięcznikami, co jakiś czas robimy sobie krótkie przerwy (np. na wojnę na śnieżki). Po mniej więcej pięciu godzina docieramy na przełęcz – świeci słońce – widoki są rewelacyjne (nie możemy się napatrzeć).

Trekking Santa Cruz

Dopiero podczas zejścia zbierają się chmury. Gdy docieramy na miejsce kolejnego biwaku znowu zaczyna padać. Śpimy na wysokości 4.200 m n.p.m.
dzień 3
Znowu pobudka o świcie, ale to oznacza, że jest dobra pogoda. Nasze namioty pokrywa szron – w nocy był przymrozek. Dzisiaj zbaczamy z głównego szlaku i podochodzimy do jeziora położonego u stóp góry Alpamayo (5.947 m n.p.m.). Po przeciwnej stronie doliny widać górę Artesonraju (6.025 m. n.p.m.), która pojawia się na początku wszystkich filmów wytwórni Paramount.

Trekking Santa Cruz

Schodzimy do doliny i kierujemy się w stronę kolejnego obozowiska. Zaczyna siąpić i dość mocno wieje. W pewnym miejscu teren jest tak podmokły, że musimy zdjąć buty i iść na bosaka. Do obozu docieramy w strugach deszczu, który tym razem pada całą noc.
dzień 4
Deszcz ustaję dopiero nad ranem, a nam zostają tylko trzy godziny zejścia. Wszyscy są już zmęczeni (marzą o gorącym prysznicu i łóżku z czystą pościelą), ciuchy przemoknięte, do tego dokuczają nam żołądki, ale jesteśmy zadowoleni – mieliśmy rewelacyjną pogodę jak na tę porę roku!

Sunday ice cream