zielone plantacje

Parę ostatnich dni spędziliśmy w Yogyakarcie. Upał panujący na ulicach i bardzo przyjemny, chłodny pokój w Dewi Homestay trochę nas rozleniwiły. Więcej czasu spędzaliśmy na wyszukiwaniu kolejnych przysmaków oraz soków owocowych, niż na odwiedzaniu turystycznych atrakcji. I tak znaleźliśmy tanie, świeże ananasy i soki z mango, rewelacyjne sate (kawałki kurczaka z grilla w sosie z orzeszków ziemnych) i super-słodkie lokalne słodycze z posypką z kokosa. Dodatkowo w naszym bagażu pojawiły się dwie, całkiem spore, drewniane figurki kobiety i mężczyzny. Oczywiście odwiedziliśmy też słynną świątynie Borobudur.

Indonesia

Wydostanie się z Yogyakarty nie było proste – znowu załapaliśmy się na wakacje tym razem indonezyjskie, wobec czego musieliśmy kupić bilety w najdroższej klasie pociągu – ‘eksekutif’ (w tańszej już nie było miejsc), która jak się okazało nijak nie przystaje do wysokiej ceny biletu.
Po dotarciu do Bandung kierujemy się do małej miejscowości Ciwidey na południu, a później do jeszcze mniejsze Rancabali. Mamy nadzieję, że uda nam się zobaczyć robotników pracujących na plantacjach herbaty. Ku naszemu rozczarowaniu na plantacjach nie ma żywej duszy – nie trafiliśmy na czas zbioru. Mimo, że plantacje są puste i tak wyglądają niesamowicie – są soczyście zielone.

Indonesia

Oprócz herbaty uprawia się tutaj na duża skalę także truskawki i większości lokalnych turystów przyjeżdża właśnie po nie. Wokół drogi pełno jest straganów z truskawkami, jednak biznes nie kończy się tylko na sprzedaży samych owoców – są też przeróżne gadżetu w kształcie truskawek – portfele, poduszki, plecaki, kapcie itp., oraz soki, dżemy, nawet pizza. Z truskawki wyciska się jak najwięcej 😉 . Same owoce nie są tanie (ok. $2 za kilo) i nie tak smaczne jak u nas.

Indonesia

Nasz pobyt w Indonezji dobiega końca – dalej Singapur i Tajlandia.

Bromo

Wioska Cemora Lawang, leży na zboczu ogromnego krateru, na wysokości ponad 1.500 m n.p.m.. W jego środku znajduje się dymiący krater Bromo (tak! – krater w kraterze) i stożek Batoka. W wiosce i wokół niej tubylcy uprawiają cebulę, równiutkie grządki ciągną się aż po horyzont . Jest to pierwsze miejsce w Indonezji, w którym nie jest gorąco, wieczorami robi się wręcz chłodno. Nazajutrz wstajemy przed 4 rano, schodzimy do krateru i przez ‘morze piasku’ idziemy na szczyt wulkanu Bromo. Niestety jest pochmurnie i wschód słońca nie należy do spektakularnych. Dodatkową ‘atrakcją’ są rzesze indonezyjskich turystów, którzy podjeżdżają pod Bromo jeep’ami lub motorami (oni nigdzie nie chodzą), przez co jest dość głośno.

Bromo

Bromo

Trochę żałujemy, że zamiast na Bromo nie poszliśmy na górę Pananjakan, z której roztacza się widok na cała okolicę, w tym również na Bromo. Postanawiamy jeszcze raz wstać o nieludzkiej godzinie i wspiąć się na nią. Budzik dzwoni o 3.20, zbieram się z ociąganiem, Magda rezygnuje, wybiera wygodne łóżko zamiast wspinaczki stromym zboczem. Z czołówką na głowie zaczynam podejście. W wiosce powiedziano mi, że to ponad trzy godziny marszu, w przewodniku piszą o dwóch – nie wiem czy zdążę przed świtem. Po 1,5 h jestem już na szczycie; szlak, który w ciągu dnia wyglądał na stromy, nie był aż taki straszny. Na szczycie tłumy ludzi, pełno samochodów i motorów, dlatego schodzę nieco niżej, gdzie w ciszy podziwiam wschód słońca. Widoki są bajeczne!

Bromo

Bromo

Bromo
Nasz gospodarz w Cemora Lawang

Bondowoso

Gdyby nie sąsiedztwo Kawah Ijen, pewnie nigdy nie pojawiliby się tu turyści. A tak są, choćby tylko na jedną noc. Bondowoso to niewielkie, prowincjonalne miasteczko, nie ma tu żadnych ‘atrakcji’. W przewodniku LP piszą o nim tylko jako o punkcie tranzytowym, nie zamieściwszy nawet jego mapy. My jednak zostaliśmy w nim dłużej niż planowaliśmy, głównie za sprawą hotelu Palm, w którym się zatrzymaliśmy. Jest to najlepszy hotel w mieście. Gdy pierwszy raz go zobaczyliśmy to byliśmy pewni, że nie będzie nas stać na pobyt w nim – ma duży basen, obsługę hotelową i wszystko inne – jak w prawdziwym hotelu (nie takim dla backpakersów). Jednak co najważniejsze – ma też tanie pokoje (10 USD za dwójkę). Samo miasteczko również nam się podoba, wieczorami można przejechać się ozdobioną kolorowymi światełkami bryczką za 1,5 PLN i całkiem dobrze zjeść w ulicznych budkach.

Bondowoso

Bondowoso

P.S.
Przewodnik, z którym pojechaliśmy do Kawah Ijen spytał nas czy w Polsce wszystkie imiona zaczynają się na literę M? Poprzednią parą z Polski byli Monika i Michał, a teraz my – Magda i Maciek. Wniosek nasuwa się sam 😉

kopalnia siarki – Kawah Ijen, Jawa

Pobudka o 4 rano, 2,5 godz. jazdy po koszmarnie wyboistej drodze i o 7 rano zaczynamy podejście na zbocze krateru Kawah Ijen. Idąc stromą ścieżką mijamy mężczyzn niosących kosze wypakowane siarką; ‘Selamat pagi’ – mówimy, a oni odpowiadają ‘pagi’, na ich twarzach pojawia się uśmiech i zainteresowanie. Po około godzinie docieramy na górę, widok trudno opisać, z krateru wydobywają się kłęby dymu, co jakiś czas odsłaniając jego dno, wówczas widać jezioro i pracujących tam robotników.

Kawah Ijen

Kawah Ijen

Stromą ścieżką schodzimy w dół. Siarkowy dym staję się gęstszy i robi się duszno, musimy zasłaniać twarze mokrymi chustami. Mijamy kolejnych robotników mozolnie wspinających się z ciężkim ładunkiem na brzeg krateru.
Na dole praca wre…już od świtu. Robotnicy w trujących wyziewach wydobywają i pakują do koszy siarkę, które następnie na plecach niosą stromą, kamienistą ścieżką na brzeg krateru i dalej w dół ok. 3 km do punktu zbiórki. Waga kosza wynosi od 50 do 80 kg, za 1 kg dostają Rp 700 czyli ok. 20 groszy; dziennie robią dwa kursy. Pomimo tak nieludzkich warunków pracy mężczyźni są bardzo mili i życzliwi.

Kawah Ijen

Kawah Ijen

Po kilkunastu minutach mamy już dość, brakuje nam świeżego powietrza, coraz ciężej się oddycha. Wracamy do góry, nawet z lekkim plecakiem podejście jest męczące. Z ciekawości próbuję podnieść jeden z koszy z siarką, ledwo mi się to udaje, jest koszmarnie ciężki (do teraz mam obolałe ramię). Smutne jest to, iż w XXI wieku ludzie wciąż muszą pracować w takich warunkach.

Kawah Ijen

Kawah Ijen

Kawah Ijen

Tana Toraja

Dotarliśmy w region Tana Toraja na Sulawesi. Ludzi zamieszkujący te tereny mają dość szczególny stosunek do śmierci i życia po niej. Zmarłemu zaraz po śmierci urządza się niewielki pogrzeb, po czym cała rodzina zbiera pieniądze, aby urządzić drugi uroczysty pogrzeb (do tego czasu ciało trzymane jest w domu). Pogrzeby są tutaj wielkimi uroczystościami, a ludzie często oszczędzają na nie przez całe życie. Wielkość pogrzebu zależy od majętności zmarłego i jego rodziny. Te urządzane przez ludzi najbogatszych trwają kilka dni, zmarłemu buduję się specjalny dom, zjawiają się na nich setki gości i poświęca się kilkadziesiąt świń i bawołów (wartość bawoła nieraz przewyższa cenę samochodu).
Wraz z przewodnikiem i małym podarunkiem (5kg cukru) wybieram się (Magda nie chce mi towarzyszyć) na jeden z takich pogrzebów. To co zastaję przekracza moje wyobrażenia – na głównym placu leży pełno związanych i kwiczących świń, surowe mięso i rogi niedawno zabitego bawoła. Naokoło placu, w wybudowanych na tę okazję lożach, siedzą goście, raczą się przyszykowanym mięsem (piecze się je w bambusie) i winem palmowym, wszyscy są odświętnie ubrani. Co jakiś czas na plac wchodzi kolorowa procesja wprowadzająca nowych gości, następnie mężczyźni w specjalnie przygotowanych na tą uroczystość koszulach (mają nadrukowane miejsce, datę i imię zmarłej), którzy śpiewają w kole.

20090616-DSC_3611

20090616-DSC_3504

20090616-DSC_3514

Oczywiście jest też kamerzysta i wodzirej z mikrofonem, który oznajmia kto przyjechał i jaki podarunek przywiózł – zazwyczaj jest to prosiak; wszystko to zapisuje się w dużym notesie, a świnie znaczy spray’em – musi być jasne, kto ją przyniósł, żeby w przyszłości można się było zrewanżować.
Jednak Toraja to nie tylko pogrzeby i kult zmarłych, ale także tradycyjne, bogato zdobione domy o niezwykłym kształcie i zielone tarasy ryżowe (przepięknie wyglądają te położone kaskadowo na górskich stokach).

20090618-DSC_3769

20090618-DSC_3747

Uprawia się tu też kawę – podobno najlepszą w Indonezji.

20090617-DSC_3688

20090617-DSC_3669

Rybki na targu w Rantepao

wakacje na Kei Island

Lecimy na wyspę Kei Kecil, położoną w odległym rejonie Indonezji zwanym Maluku; chcemy trochę odpocząć. Po dwóch przesiadkach i nocy spędzonej na lotnisku siedzimy w niewielkim samolocie do Tual, który znajduje się na Kei. Oprócz nas leci jeszcze jeden ‘biały’, jak się później okazało jedyny turysta jakiego spotkaliśmy przez cały pobyt tutaj. Z lotniska, który stanowi jeden pas startowy i mały domek o wymiarach 3×3 m jedziemy na plaże Pasir Panjang (długa plaża). Zostajemy na tydzień.
Mieszkamy u Evelin, która wynajmuje nam pokój w drewnianym domu, krytym liśćmi z palm, warunki są dość spartańskie, ale nam to nie przeszkadza, mamy widok na morze i plażę. Plaża jest wyjątkowa – piasek biały i niewiarygodnie drobny – jak mąka, woda błękitno-turkusowa i palmy. Najlepsze jest to, że oprócz niedziel (bo wtedy przyjeżdżają ‘miastowi’) całą plaże mamy tylko dla siebie 😉

20090609-DSC_3113

20090609-DSC_3172

Ludzie są tu bardzo mili, wzbudzamy ich zainteresowanie, stanowimy niecodzienny widok.

20090611-DSC_3253

20090610-DSC_3308

20090610-DSC_3304

Dni upływają nam na spacerach, opalaniu, kąpielach i zachodach słońca. Evelin jest dobrą kucharką, także rozkoszujemy się kuchnią indonezyjską, świeża ryba i owoce morza są wspaniałe. Nabieramy energii na dalszą podróż.

20090609-DSC_3246

20090611-DSC_3343

Bali

Na Bali docieramy późnym wieczorem i musimy jeszcze znaleźć nocleg. Najbliżej lotniska jest Kuta Beach – miejsce, w którym ‘ląduje’ większość turystów. Nie jest łatwo znaleźć pokój, już zaczął się sezon. Kuta Beach to miejsce wyjątkowo turystyczne, jest McDonald, Starbucks, itp.; plaża taka sobie i tłumnie oblegana. Zostajemy tu jeden dzień planując dalszy pobyt w Indonezji. Na kilka dni jedziemy na północ do Ubud – mniejszej i trochę spokojniejszej miejscowości; jest położony w środku wyspy. Na wypożyczonym motorze przez kilka dni zwiedzamy okolice. Wieczorami w Ubud są pokazy tradycyjnych tańców – my oglądamy Kecak i bardzo nam się podoba. Ludzie tutaj są wyjątkowo mili, pomocni, nawet sprzedawcy nie są nachalni. Świątynie, tarasy ryżowe, uśmiechnięci ludzie wołający ‘Hello’, dużo niższe ceny, egzotyczne zapachy i smaki – jesteśmy w Azji.

Bali

P.S. Nie wiem czy wiecie, że istnieje taki kraj jak ‘Polandia’ – my z niego pochodzimy:) Powiesz ‘Poland’, a oni ‘Poland?’ – aaa Polandia i już uśmiech zrozumienia pojawia się na twarzy.