Lantang trek

Nepalskie drogi i autobusy pozostawiają bardzo wiele do życzenia – odległości pokonuje się tu w żółwim tempie a autobusy są załadowane do granic możliwości (na dachu jedzie tyle samo albo nawet więcej pasażerów co w środku). Do początku szlaku w miejscowości Shyapru Besi docieramy cali poobijani, po bagatela 10 godzinach jazdy (jakieś 140 km). Wybraliśmy Lantang trek, głównie ze względu na jego niewielką długość i dostępność noclegów po drodze. Nie mamy już energii na dłuższe wędrówki i dźwiganie całego sprzętu biwakowego. Rejon Lantang oraz Everest i Anapurna to jedne z najbardziej turystycznych i najłatwiej dostępnych terenów górskich. Rzeczywiście na szlaku mijaliśmy sporo turystów, a większość z nich z przewodnikami i tragarzami. Jednak ci wcale nam nie przeszkadzali i nie było aż tak tłoczno jak np. latem w Tatrach. To co nas bardzo zszokowało to astronomiczne ceny jedzenia na szlaku (prawie 1 USD za jedno jajko) i średnio mili lokalni ludzie, którym zależy tylko na pieniądzach. Jednym słowem wycieczka przyjemna, ale bez rewelacji.

Lantang

Lantang

Lantang

żądza pieniądza

Dotarcie z Varanasi do Katmandu zajmuje nam prawie dobę. Lokujemy się w turystycznej dzielnicy Thamel, która przypomina Khao San z Bangkoku; wszędzie pełno kramów z pamiątkami, biur podróży, hoteli i restauracji. Cenny dużo wyższe niż w Indiach, a przecież nepalska rupia jest słabsza niż indyjska; z drugiej strony co się dziwić, w końcu jesteśmy tu w szczycie dość krótkiego sezonu. Mamy nieodparte wrażenie, że tutaj liczą się tylko i wyłącznie pieniądze, które każdy stara się z nas wycisnąć na każdym kroku.
Z mieszanymi uczuciami kierujemy się jutro w góry – może tam odnajdziemy tą lepszą stronę Nepalu…

Kathmandu

Kathmandu

Kathmandu

P.S.
Następny wpis po powrocie do Katmandu czyli za jakieś 8-15 dni.