Ekwadorczycy nie obchodzą Wigilii tak uroczyście jak my. W hostelu, w którym mieszkamy zauważyliśmy, iż cała rodzina zebrała się dopiero późnym wieczorem na wręczanie sobie prezentów, nie było wcześnie wspólnego posiłku tak jak ma to miejsce w Polsce. Natomiast przez kolejne dwa dni trwały odwiedzimy bliskich i przyjaciół. Tutaj w okresie świątecznym sklepy są otwarte, a ruch na ulicach jest większy niż w zwykłe dni – tak jakby każdy chciał nadrobić wszystko to, na co normalnie nie ma czasu – wesołe miasteczko, lody, wspólna wycieczka. Oczywiście wszyscy są odświętnie ubrani.
W pierwszy dzień świat wybraliśmy się z samego rana zobaczyć krater wulkanu Pululahua. Wulkan zapadł się tworząc piękną, ogromną, zieloną dolinę otoczoną górami.
W drugi dzień świat wdrapaliśmy się na Rucu Pichincha – 4.700 m n.p.m.!!! Kolejką – teleferiQo wjechaliśmy na Cruz Loma – 4.100 m, a następnie przez 3 godziny wspinaliśmy się na szczyt. Pogoda nie do końca nam się udała, ponieważ były chmury i na szczycie nic nie widzieliśmy. Za to po drodze czasami się przejaśniało i mogliśmy podziwiać widoki. Podobał nam się szlak, początkowo wśród wysokich traw – trochę jak w Bieszczadach na połoninach, później bardziej skalisty. Na takiej wysokości człowiek szybciej się męczymy i czasami ciężko złapać oddech.
Wczoraj byliśmy w Otavalo, miejscowości położonej na północ od Quito. W każdą sobotę to małe miasteczko zamienia się w ogromny targ, gdzie każda ulicę wypełniają stragany. Jest tu wszystko – owoce, zwierzęta, a przede wszystkim pełno lokalnych tkanin, ubrań i biżuterii.
Po południu wracamy do Quito, ulice są puste – już po świętach…





