Choć Mae Salong leży tylko półtorej godziny jazdy od Chiang Rai to dostanie się do niego nie jest proste. Droga jest dobra, ale trzeba się przesiąść i tu pojawia się problem. Autobus wysadza nas w miejscu, gdzie trasa do Mae Salong odbiją od dwupasmówki wiodącej do granicy z Birmą. Tutaj już czekają songthaew’y (pick-up przerobiony na coś w rodzaju małego busa), jednak albo płacimy 400 Bahtów (40 zł) albo czekamy na kolejne 6 osób. Cóż…czekamy, ale jakoś nikt się nie pojawia. Magda postanawia złapać stopa – mamy szczęście – zatrzymuje się pierwszy przejeżdżający samochód, kierowca jest bardzo miły, nadkłada drogi i zawozi nas do samej miejscowości. Szosa wznosi się i wije wśród zielonych gór – okolice jest naprawdę niesamowita. Kilka kilometrów przed wioską dostrzegamy to, czego nie udało nam się zobaczyć w Indonezji – plantację, a na niej ludzi zbierających herbatę. Jeszcze tego samego dnia wypożyczamy motor i wracamy w to miejsce. Liście zbierają same kobiety (niektóre z małymi dziećmi na plecach), z nieba leje się żar.
Kosztujemy różne herbaty – nawet nie wiedzieliśmy, że jest taki wybór; są smaczne, dobrze koją pragnienie. W Mae Salong mieszka sporo Chińczyków, wioska podobno przypomina te z chińskiej prowincji Yunnan…zobaczymy









