tam, gdzie nie ma asfaltu

Do wioski Quilotoa położonej na wysokości 3.800 m docieramy w strugach deszczu. Szybko znajdujemy nocleg. Główną atrakcją tutaj jest przepięknie położone (w kraterze wulkanu) jezioro – Laguna de Quilotoa, jednak w tym momencie główną atrakcją dla nas okazuje się mały piecyk w naszym pokoju, gdyż robi się coraz zimniej. Rąbiemy drewno, rozpalamy i po kilku chwilach pokój wypełnia przyjemne ciepło. Nazajutrz wita nas słońce; wybieramy się na spacer – schodzimy w dół do jeziora. Mamy je tylko dla siebie :-)

Laguna de Quilotoa

Po południu pojawiają się pierwsi turyści (którzy przyjeżdżają zazwyczaj z biur podróży) a razem z nimi chmury; około godz. 13 nic już nie widać. Ruszamy dalej do miejscowości Chigchulan – idziemy do skrzyżowania, gdzie o godz. 14 ma przejeżdżać autobus (jeden dziennie). Czekamy…przyjeżdża samochód, wysiadają jacyś ludzie, mówią, że autobus już pojechał (godzinę wcześniej) i jedyna opcją jest jazda pickupem (oni też jadą tam gdzie my). Godzina podróż po wyboistej drodze w zakrytym pickupie nie należy do najprzyjemniejszych. Mała wioska Chigchulan jest dość dziwnym miejscem, gdyż są tu aż trzy wielkie hotelu o angielskich nazwach. My wybieramy najtańszy – Cloud Forrest. Jutro sylwester a opcji dalszej podróży nie ma za wiele – można zostać albo pojechać dalej autobusem o godz. 3 rano. Jest też ciężarówka rozwożąca mleko, która zabiera pasażerów i wyrusza ok. 9.30; ta opcja podoba nam się najbardziej. Po śniadaniu, spakowani czekamy na nasz transport. Czekamy i nic – po jakimś czasie właścicielowi hotelu przypomina się, że w Sylwestra ta ciężarówka nie jeździ…następny autobus o godz. 3 nad ranem w Nowy Rok – ciekawe czy kierowca będzie trzeźwy?
Czekamy dalej – może coś przyjedzie…Czekamy ponad godzinę – przyjeżdża srebrny pickup. Okazuje się, że kierowcą jest francuski turysta, który jeździ po Ekwadorze wynajętym samochodem a dzisiaj zmierza dokładnie do miejsca, do którego chcemy dotrzeć. Ofiaruje się nas zabrać i to za free; pakujemy się na pakę i ruszamy. Górska droga dostarcza niesamowitych wrażeń.

Quilotoa Loop

Kierowca mlekowozu wiedział co robi nie jadą w Sylwestra – co kilka kilometrów pojawiają się prowizoryczne szlabany, a wokół poprzebierani tubylcy; aby móc jechać dalej trzeba się wykupić – na początku jest to miłe urozmaicenie, ale po jakimś czasie kończą nam się drobne, a bramek jest coraz więcej. Docieramy do celu ubożsi o kilka dolarów, ale podróż była rewelacyjna. Jest jeszcze dość wcześnie więc postanawiamy jechać dalej na południe do miejscowości Baños, położonej u stóp czynnego wulkanu Tungurahua.

Przeczytaj też:

  1. Honduras Pobudka o 3.30 w nocy, 6 nieprzespanych godzin, ściśnięci w...

4 Odpowiedzi do “tam, gdzie nie ma asfaltu”


  • znow niesamowite widoki…tylko w koncu jak spedziliscie pierwsze minuty nowego roku? na pace czy bylo lepiej? ja na rynku w krakowie..czyli po europejsku ;-)
    pozdrawiam na nowy rok, wszystkiego dobrego
    Asia

  • Iwona i przyjaciele

    Witajcie ! Dzieki za zyczenia noworoczne. Widzimy ze kameralne imprezy sylwestrowe we dwoje byly w tym roku na TOPIE ! Cieszymy sie ze wszystko u Was OK. Pozazdroscic pieknych widokow….Pozdrawiamy – Tato i Iwona :-)

  • Kochani!Jeszcze raz Wszystkiego Naj Naj…..Widoki sa niesamowite a zdjecia super zrobione-PROFESJONALNE GRATULACJE. Pozdrawiamy Rosalba&Tomek

  • Kochani :) Pieknego Nowego Roku…i całego zycia :) Z zachwytem czytam, oglądam, oglądam, czytam…i tesknię juz! Buziaki

Pozostaw odpowiedź