W El Calafate nie ma za wiele do robienia, oprócz wycieczki do oddalonego o 80 km lodowca Perito Moreno. Lodowiec jest gigantyczny – długi na 14 km i wysoki na ok. 60 m, cały czas w ruchu – ok.2 m na dobę. Stoimy i obserwujemy kolosa – co jakiś czas odrywają się od niego wielkie bryły lodu, które z hukiem wpadają do jeziora. Przyroda jest niesamowita – wszędzie zielono, a pośrodku lodowiec!
Jedziemy do El Chalten, przez całą drogę niebo spowite jest gęstymi, szarymi chmurami…zaczyna padać, a do tego mocno wieje. Mimo to decydujemy się na camping – jest za darmo. Nasz namiot przechodzi chrzest bojowy – pierwszy deszcz…nie przemókł! W nocy się rozpogadza i nad ranem mamy rewelacyjny widok na szczyt Cerro Fitz Roy.
W El Chalten zostajemy jeszcze dwa dni, chodzimy po górach, a właściwie u stóp gór. Niestety szczyt Cerro Torre – słynna wieża jest w chmurach i dopiero, gdy wyjeżdżamy odsłania się na chwilę. Pogoda tutaj jest bardzo zmienna, na przemian słońce i deszcz. Jutro ruszamy do Chile – do parku Torres del Paine.



Faktycznie przyroda piękna -zdjecia REWELACJA !!!Buziaczki L&T
Zdjecia cudowne, okolica piekna ale……czy mozna tam gdzies nurkowac ? a w Zakopanem caly czas sypie snieg….
Pozdrowienia Tato
Kochani!
Zdjęcia są naprawdę cudne. Tak jak i Wasze przeżycia!!;)
Mam jeden mały postulat – może czasami wrzucicie parę fotek, na których Wy jesteście?
Chętnie bym Was częściej pooglądała – mimo iż tylko wirtualnie…;).
Buziaki!
Asia