w krainie wiatru i deszczu

Przed wyruszeniem do Torres del Paine zatrzymujemy się na jedną noc w miejscowości Puerto Natales. Robimy zapasy i przepakowujemy plecaki – część rzeczy zostawimy tutaj. Oczywiście już od granicy (tj. 20 km przed Puerto Natales) zaczyna lać jak z cebra, niebo zasnute jest ciemnymi chmurami i porywiście wieje. Mimo to decydujemy się wyruszyć następnego dnia do parku. W domu (bo to bardziej dom niż hostel), w którym mieszkamy nie ma żadnych innych gości; wieczorem siedzimy sobie przy piecyku, w pokoju jadalnym, popijając winko, jest przyjemnie ciepło…aż nie chce się jechać. Tej nocy śpimy kamiennym snem, po dwóch tygodniach spędzonych w namiocie, w końcu łóżko :-) Rano wstajemy o godz. 7; jest dziwnie ciemno i cicho na zewnątrz – okazuje się, że zapomnieliśmy o zmianie czasu.
Po trzech godzinach jazdy autobusem wyruszamy na szlak, ku naszej radości nie pada. Chociaż tu jest już końcówka sezonu turystycznego, to dalej jest sporo ludzi (w sezonie musi tu być tłoczno jak na Giewoncie). Śpimy na darmowych polach kempingowych – sam wstęp do parku to $25, więc przynajmniej na noclegu staramy się zaoszczędzić. Drugiej nocy cały czas pada i robi się bardzo zimno, mocno wieje, budzimy się kilkakrotnie, aby sprawdzić czy z namiotem wszystko ok. i czy nie przecieka. Rano wyruszamy do Valle del Frances, widać, że w nocy tutaj spadł świeży śnieg. Po trzech godzinach marszu docieramy na punkt widokowy, przed nami rozpościera się zielona dolina, ponad naszymi głowami ośnieżone szczytu gór – jest pięknie!

Brak powiązanych wpisów.

1 Odpowiedzi do “w krainie wiatru i deszczu”


Pozostaw odpowiedź