czy musi być drogo?

Czy musi być drogo?

Poniżej nasze średnie dziennie wydatki przeliczone na dolary amerykańskie. Obejmują one noclegi, wyżywienie i transport na 2 osoby (w Australii i Nowej Zelandii wliczyliśmy wynajem samochodu), nie zawierają tzw. kasy ekstra na pamiątki i dodatkowe atrakcje.

Gwatemala, Honduras, Nikaragua $30,00
Kostaryka $40,00
Ekwador $30,00
Peru $33,00
Boliwia $20,00
Argentyna i Chile $50,00
Nowa Zelandia $81,00
Australia $87,50
Indonezja $25,00
Tajlandia $37,00
Chiny $38,00
Malezja $40,00
Nepal $19,00
Indie $25,00

Spaliśmy głównie w budżetowych hotelikach lub po namiotem, a jadaliśmy w najtańszych miejscach lub sami gotowaliśmy. Na pewno można jeszcze zaoszczędzić na transporcie np. jeżdżąc autostopem albo ograniczając ilość miejsc jakie chcemy zobaczyć. Generalnie im wolniej się podróżuje tym jest taniej.

A z okazji Świat Bożego Narodzenia i nadchodzącego nowego roku chcieliśmy wszystkim życzyć jak najwięcej podróży – tych dalekich i tych bliskich.

pytania Agaty

Pytania pojawiły się w komentarzach do wpisu ‘w domu’, ale odpowiem na nie tutaj.

Jakie było wasze największe zaskoczenie i rozczarowanie?

To co nas zaskoczyło to…
- plaże w Nowej Zelandii, jadąc tam nie sądziliśmy, że są tam tak piękne plaże; Nową Zelandię utożsamialiśmy raczej z krajobrazami z Władcy Pierścieni, a więc zielone wzgórza, góry;
- lwy morskie, a raczej fakt, że potrafią tak szybko się poruszać;
- ilość kangurów na polach kempingowych w Australii(okolica Darwin);
- dostępność wszystkiego tzn. nie potrzeba miesięcy przygotowań i wielkich waliz, żeby podróżować, zwiedzać. Często jest tak, że kiedy się planuje, analizuje itp. pojawiają się oczekiwania i później łatwo się rozczarować (nie dlatego, że dane miejsce nie jest ładne tylko dlatego, że jest inne niż sobie wyobrażaliśmy). Wszystko można kupić i zorganizować już na miejscu; wszelkiego rodzaju wycieczki jednodniowe, kilku dniowe, treki i jest to dużo tańsze, niż te załatwiane za pośrednictwem biur podróży w kraju, czy nawet przez Internet. Nie trzeba organizować całej grupy, aby jechać w góry w Peru czy w Ladakh, wystarczy będąc tam wybrać sobie jakąś agencję turystyczną, a ona z pewnością zorganizuje (połączy kilka osób) grupę. Jedyny problem to wybrać agencję, która nie zawiedzie, ale na to nie ma złotego środka, najlepiej przejść kilka, może napotkany turysta będzie w stanie coś polecić.
- Salar de Uyuni – jest piękny, bezkresny…
- to, iż wszyscy mają komórki – Indianie, Maorysi, Aborygeni, Indonezyjczycy, Buddyjscy mnisi, Hindusi …często może nie być asfaltu, bieżącej wody, mogą chodzić w brudnych ciuchach, ich domy to jedna izba, w której śpi cała rodzina (‘toaleta’ na zewnątrz), ale mają komórkę, no i TV…Nawet gdy odwiedzaliśmy plemię Uros mieszkające na wyspie zbudowanej z trzciny na jeziorze Tititaca, to mieli solar, dzięki któremu mogli oglądać TV.

Rozczarowali nas Chińczycy. Nie wiem czy czytaliście ‘Tai-pan’a’ James Clavell’a, który opowiada o Chinach z okresu cesarstwa (dobra książka – polecam), w każdym razie książka ta bardzo pozytywnie nastroiła nas na Chiny i pewnie stąd też ten zawód.
Drugie duże rozczarowanie to komercja w Nepalu, przynajmniej w tym Nepalu, w którym my byliśmy, który był dostępny dla nas finansowo. Słyszeliśmy, że regiony Mustang i Manaslu nie są tak turystyczne, ale za to bardzo drogie.

Czego najbardziej Wam brakowało i gdzie najlepiej smakuje kawa?

Pod koniec wyjazdu brakowało nam europejskiej kuchni. No i może trochę samochodu, a raczej tej niezależności jaką daje samochód (i tempo przemieszczania się).
Co do kawy, to zazwyczaj w krajach, gdzie się ją uprawia ludzie (tubylcy) jej nie piją, nie można dostać dobrej kawy, bo jest wysyłana na eksport. Smakowała mi kawa w Buenos Aires – dużo kawiarnii, rano zawsze medialunas (crossointy) i kawa; trochę jak w Paryżu.

Najmilszy dzień i najciekawsi znajomi?

Ciężko wybrać najmilszy dzień, było ich sporo…
- dzień, kiedy spadł pierwszy śnieg na Ziemi Ognistej, zaskakując nas biwakujących w górach;
- każdy dzień, rozpoczynający się od widoku wschodzącego słońca w Nowej Zelandii;
- błogie dni na plaży Pasir Panjang w Indonezji;
- te kilka dni na treku Santa Cruz w Peru;
- park Toress del Paine w Chile (co prawda musieliśmy dźwigać spore plecaki, ale było fajnie :-) );
Nie chce Was zanudzać, im dłużej myślę, tym więcej takich dni mi się przypomina.
Mniej miłe, to te spędzone w środkach komunikacji.

Najciekawsi znajomi
- Gosia i Tomek z Polski – spędziliśmy z nimi zeszłoroczne Boże Narodzenie
- Zaida i Juvé z Hiszpanii – przemierzają Świat na rowerach www.getjealous.com/isidro/
- Eyal i Dvori z Izrael – mieszkają w Kibucu
- Lori i Tim – dwóch starszych Panów, którzy gościli nas w Sydney.

I dokąd następna wyprawa?

Tego jeszcze nie wiemy, ale my nigdy nie planujemy z dużym wyprzedzeniem. Jedno jest pewne – na pewno będziemy dalej podróżować, choć raczej będą to już krótsze wyjazdy.

P.S. Jeszcze przed Świętami odpowiedź na pytanie – czy podróżowanie po całym świecie faktycznie musi być takie drogie?

bagaż podręczny

Gear

Po pierwsze dziękujemy za ciepłe słowa, które otrzymywaliśmy od Was przez cały rok. Mail’e i komentarze motywowały nas do tworzenia kolejnych wpisów. Mamy nadzieje, że zainspirowaliśmy Was do bliższych czy dalszych podróży.
Postanowiłem nie pisać rozprawki podsumowującej naszą podróż. Zamiast tego w kilku wpisach poruszę najważniejsze sprawy i odpowiem na pytania. Na początek kwestia najczęściej poruszana w mail’ach, czyli ‘jakiego używamy aparatu?’
W podróż zabraliśmy trzy aparaty:
- Nikon D70 – mamy go już kilka lat i jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Na wyjazd zamieniliśmy obiektyw kitowy 18-70mm na bardziej uniwersalny 18-200mm. To połączenie spisywało się znakomicie, jedynym minusem jest spora waga. W Australii dokupiliśmy portretowy obiektyw 50mm.
- Nikon D40 + kitowy obiektyw 18-55mm – kupiliśmy my go jako rezerwowe body – jest tani i bardzo lekki jak na lustrzankę. Zabieraliśmy go zawsze w góry, żeby za dużo nie dźwigać. Robi naprawdę dobre zdjęcia, idealny dla amatora.
- Casio Exlim – mały kompakt, który miał służyć do kręcenia krótkich filmów. Jednak okazał się nie do końca sprawny, po tym jak mi zamókł na rowerach w Rumunii, więc wysłaliśmy go jeszcze z Australii do Polski. Oczywiście teraz działa bez zarzutu ;-)
Dodatkowo używaliśmy jeszcze filtrów polaryzacyjnych, w zasadzie rzadko zdejmowaliśmy je z obiektywów. Mieliśmy jeszcze lampę błyskową, ale przez brak praktyki i umiejętności nie używaliśmy jej i też dotarła do Polski przed nami. W aparatach używaliśmy kart Sandisk’a 4 i 8 GB.
Jednak jak wiadomo aparaty same zdjęć nie robią i ciągle jeszcze potrzebna jest osoba fotografa. Nie ważne jaki się ma aparat, ważne, żeby go ze sobą nosić i robić zdjęcia. U nas za aparat częściej chwytała Magda, która jest autorem większej części zdjęć z naszej podróży.

Świat z nami objechały także:
- mały laptop Asus EeePc 1000H, który ułatwiał nam opanowanie zdjęć, prowadzenie bloga i kontakt ze światem; wszędzie gdzie się dało korzystaliśmy z darmowego Internetu wifi. Chociaż jego procesor – Intel Atom nie jest zbyt szybki, to nie było też problemów z oglądaniem filmów czy słuchaniem muzyki;
- dwa dyski WD Passport 160 i 320 GB – trzymaliśmy na nich kopie zdjęć, każdy w innym plecaku;
- mini drukarka Polaroid Pogo – drukuje małe zdjęcia 5 x 7,5 cm. Rozdawaliśmy je ludziom, których fotografowaliśmy. Bardzo fajna sprawa, szczególnie w miejscach, gdzie nie dotarła jeszcze w pełni cywilizacja. Jednak w naszej opinii Polaroid spóźnił się o kilka lat – dzisiaj prawie każdy ma komórkę z aparatem. Głównym minusem drukarki jest beznadziejna bateria;
- odtwarzacz MP3 – oprócz muzyki słuchaliśmy na nim audiobook’ów – rewelacyjna sprawa na długie podróże autobusem.
- pendrive – używany, gdy trzeba było skorzystać z kafejki internetowej lub coś wydrukować;
- telefon komórkowy – skradziony w piątym miesiącu podróży i jak się okazało można bez niego żyć. Teraz ciągle go zapominam ;-) .
- czytnik kart, myszka i słuchawki z mikrofonem.

Większość tego wszystkiego nosiliśmy w plecaku LowePro Orion Trekker II, którego pilnowaliśmy jak oka w głowie. Często zabieraliśmy ze sobą tylko jeden aparat i wtedy plecak lądował w kracie PacSafe. Lądował tam również w nocnych pociągach i autobusach.
To chyba tyle w kwestii sprzętu.

w domu

Po kilku dniach spędzonych w Londynie wróciliśmy do Polski. Choć nie było nas rok ma się wrażenie jakby od naszego wyjazdu minęło tylko kilka dni a wszystko co widzieliśmy było snem. Rozpakowane plecaki, wygodne łóżko, pyszne jedzenie jednoznacznie świadczą o tym, że wróciliśmy do domu a nasza ‘wycieczka’ dobiegła końca. Ale nie martwcie się – za parę dni jeszcze raz przejrzymy nasze zdjęcia i odezwiemy się.

Mumbai

Z powodu kłopotów żołądkowych Magdy (sytuacja już opanowana, choć została awersja do tutejszej kuchni) noc na pustyni zamieniamy na nocny pociąg do Mumbai’u. Zatrzymujemy się w turystycznej dzielnicy Colaba – oprócz cen to przez trzy lata niewiele się zmieniło.
Ostatnie dni podróży upływają nam pod znakiem lenistwa – uciekamy przed upałem do klimatyzowanych kawiarni, kina, robimy zakupy, niewiele zwiedzamy…Byliśmy już tu wcześniej, więc czujemy się usprawiedliwieni ;-)

Indie_3star_007

Indie_5star_2

Indie_3star_050

Jodhpur

W Delhi znajdujemy przyzwoity pokój w dzielnicy Paharganj, co nie jest sprawą prostą, gdyż zazwyczaj tańsze noclegi tutaj są dość obskurne. Dodatkowo udaje nam się kupić bilety na pociąg do Jodhpuru już na następny dzień. Wszystkiego dopełnia rewelacyjny deser w knajpce „Big Chill” na Khan Market; tym razem krótki pobyt w Delhi jest całkiem przyjemny.
Nocnym pociągiem docieramy do Jodhpuru. Stare miasto ma swój urok: plątanina wąskich uliczek, pomalowane na niebiesko domy (przypominają Maroko i Szefszawan) i górujący nad nimi olbrzymi fort. Jedyny minus to okropny upał.

Jodhpur

Jodhpur

Nasz plan na następne dni to kilka dni w Jodphurze, kilka w Jaisalmerze, noc na pustyni, Mumbai i wracamy…

zmiana planów

Ogromna komercjalizacja Nepalu oraz brak sił i chęci na kolejne piesze wędrówki sprawia, że zamiast w góry kierujemy się z powrotem do Indii w stronę Radżastanu. Ponownie odwiedzamy Varanasi, gdzie łapiemy pociąg do Delhi.

Varanasi

Lantang trek

Nepalskie drogi i autobusy pozostawiają bardzo wiele do życzenia – odległości pokonuje się tu w żółwim tempie a autobusy są załadowane do granic możliwości (na dachu jedzie tyle samo albo nawet więcej pasażerów co w środku). Do początku szlaku w miejscowości Shyapru Besi docieramy cali poobijani, po bagatela 10 godzinach jazdy (jakieś 140 km). Wybraliśmy Lantang trek, głównie ze względu na jego niewielką długość i dostępność noclegów po drodze. Nie mamy już energii na dłuższe wędrówki i dźwiganie całego sprzętu biwakowego. Rejon Lantang oraz Everest i Anapurna to jedne z najbardziej turystycznych i najłatwiej dostępnych terenów górskich. Rzeczywiście na szlaku mijaliśmy sporo turystów, a większość z nich z przewodnikami i tragarzami. Jednak ci wcale nam nie przeszkadzali i nie było aż tak tłoczno jak np. latem w Tatrach. To co nas bardzo zszokowało to astronomiczne ceny jedzenia na szlaku (prawie 1 USD za jedno jajko) i średnio mili lokalni ludzie, którym zależy tylko na pieniądzach. Jednym słowem wycieczka przyjemna, ale bez rewelacji.

Lantang

Lantang

Lantang

żądza pieniądza

Dotarcie z Varanasi do Katmandu zajmuje nam prawie dobę. Lokujemy się w turystycznej dzielnicy Thamel, która przypomina Khao San z Bangkoku; wszędzie pełno kramów z pamiątkami, biur podróży, hoteli i restauracji. Cenny dużo wyższe niż w Indiach, a przecież nepalska rupia jest słabsza niż indyjska; z drugiej strony co się dziwić, w końcu jesteśmy tu w szczycie dość krótkiego sezonu. Mamy nieodparte wrażenie, że tutaj liczą się tylko i wyłącznie pieniądze, które każdy stara się z nas wycisnąć na każdym kroku.
Z mieszanymi uczuciami kierujemy się jutro w góry – może tam odnajdziemy tą lepszą stronę Nepalu…

Kathmandu

Kathmandu

Kathmandu

P.S.
Następny wpis po powrocie do Katmandu czyli za jakieś 8-15 dni.

‘Hello, I am here’

Varanasi to dla Hindusów święte miejsce; przybywają tu z całych Indii, aby zażyć oczyszczającej kąpieli w świętej rzece Ganges lub też skremować i oddać rzece prochy swoich bliskich. Już drugi dzień z rzędu zrywamy się jeszcze przed świtem (5 rano!) i ruszamy nad rzekę. Położenie ghat’ów (schody schodzące do rzeki, używane do kąpieli) na zachodnim brzegu sprawia, że to właśnie o wschodzie jest tu najładniej, a poza tym po godzinie 8 upał staje się nie do zniesienia.
Turysta w Varanasi nie ma lekkiego życia, gdyż ciągle jest przez kogoś zaczepiany – przejażdżka łodzią, świeczka, pocztówka… ‘Hello, I am here. You want a boat? – No. – Maybe tomorrow…?’ I tak gra się toczy, turyści wymyślają coraz to nowe powody, dla których czegoś nie kupią a sprytni sprzedawcy powody, dla których dana rzecz jest nam niezbędna. Jednak nam to nie przeszkadza. Najzabawniejsze są dzieci, które od jednych turystów wyłudzają obce monety, tylko po to, żeby u kolejnych wymienić je na rupie – są dobrze zorientowane w kursie euro ;-)

Varanasi

Varanasi

Varanasi

Varanasi