‘Hello, I am here’

Varanasi to dla Hindusów święte miejsce; przybywają tu z całych Indii, aby zażyć oczyszczającej kąpieli w świętej rzece Ganges lub też skremować i oddać rzece prochy swoich bliskich. Już drugi dzień z rzędu zrywamy się jeszcze przed świtem (5 rano!) i ruszamy nad rzekę. Położenie ghat’ów (schody schodzące do rzeki, używane do kąpieli) na zachodnim brzegu sprawia, że to właśnie o wschodzie jest tu najładniej, a poza tym po godzinie 8 upał staje się nie do zniesienia.
Turysta w Varanasi nie ma lekkiego życia, gdyż ciągle jest przez kogoś zaczepiany – przejażdżka łodzią, świeczka, pocztówka… ‘Hello, I am here. You want a boat? – No. – Maybe tomorrow…?’ I tak gra się toczy, turyści wymyślają coraz to nowe powody, dla których czegoś nie kupią a sprytni sprzedawcy powody, dla których dana rzecz jest nam niezbędna. Jednak nam to nie przeszkadza. Najzabawniejsze są dzieci, które od jednych turystów wyłudzają obce monety, tylko po to, żeby u kolejnych wymienić je na rupie – są dobrze zorientowane w kursie euro ;-)

Varanasi

Varanasi

Varanasi

Varanasi

Srinagar

Jeep do Srinagaru w agencji turystycznej kosztuje 1.600 rupii od osoby (ok. 32 USD); jeep jest ponoć bezpieczniejsza formą transportu niż autobus. Nam jednak znajomy ze sklepu z torebkami (w końcu jesteśmy w Leh już jakiś czas, a miasteczko nie jest duże) pomaga załatwić przejazd bezpośrednio u kierowcy za 1.200 rupii od osoby. Niestety większość jeep’ów pokonuje tą widokową trasę w nocy (14 godzin jazdy). Jedynym plusem jest to, że do Srinagaru docieramy przed południem i spokojnie możemy poszukać noclegu. Srinagar słynie z noclegów na barkach tzw. ‘houseboat’. Większość z nich znajduje się na jeziorze Dal, my ostatecznie decydujemy się na barkę na rzece Jhelum, która zacumowana jest przy brzegu (jej wnętrze bardzo nam się podoba), więc nie musimy za każdy razem korzystać z shikhary (wodnej taksówki), aby dostać się na stały ląd. Sam Srinagar nie robi na nas takiego wrażenia jak oczekiwaliśmy, mimo wszystko można tu przyjemnie spędzić 1-2 dni. Pomimo, że od trzech lat w Kaszmirze obowiązuje zawieszenie broni to na ulicach wciąż pełno jest patroli wojskowych oraz zasieków, a co ważniejsze budynki są mocno obwarowane, gdyż nadal dochodzi tu do zbrojnych incydentów.

Srinagar

Srinagar

Ze Srinagru lecimy do Delhi i jeszcze tego samego dnia łapiemy pociąg do Varanasi.

Tsomori

Ostanie dwa dni w Ladakh spędzamy nad jeziorem Tsomori. Chociaż udaje nam się znaleźć tylko dwie osoby do dzielenia kosztów taksówki, a pokonanie drogi z Leh zajmuje nam 7 długich godzin to krajobrazy wszystko rekompensują – przypominają trochę te z okolic altiplano w Boliwii. Noc spędzamy w przyjemnej wiosce Korzok nad brzegiem jeziora.

Tsomori Lake

Tsomori Lake

Tsomori Lake

Tsomori Lake

Po powrocie do Leh spotykamy kolejnych Polaków, w sumie 10 osób z Polski w ciągu dwóch tygodni – wyjazdy do Ladakh muszą być w kraju dość modne ;-)

Tsomori Lake
Nie plotkuj, pozwól mu prowadzić.

dolina Markha

Wykupienie treku w agencji turystycznej w Leh kosztuje ok. 60 USD od os. za dzień. Agencja zapewnia konie tj. transport bagażu, ekwipunek typu namiot, karimaty itp., wyżywienie, przewodnika, czasem nawet przenośną toaletę ;-) . Można jednak wszystko zorganizować samemu dużo niższym kosztem. Oczywiście najtańszą opcją jest zarzucenie plecaka wraz z całym sprzętem na plecy i wyruszenie z mapą w ręku, co ostatecznie przy kilkudniowej eskapadzie i dużych wysokościach jest to dość wyczerpujące. Można też wynająć przewodnika lub iść z małym plecaczkiem i korzystać z homestay, czyli noclegów oferowanych w wioskach przez mieszkańców. My zdecydowaliśmy się na wynajęcie koni (do niesienia sprzętu biwakowego) wraz z poganiaczem – ‘ponyman’ i spanie pod namiotem. Znalezienie tanich koni nie jest łatwą sprawą. Większość agencji oferuje 3-4 konie (nie mniej!), a cena za jednego wahała się od 250 do 500 rupi za dzień ( 5 – 10 USD). W końcu udało nam się wynająć tylko dwa konie za 220 rupi od sztuki.

Markha Valley

Na początku trasy czeka na nas nasz ‘ponyman’ – Tybetańczyk Thundup wraz z dwoma końmi, ładujemy bagaż i ruszamy na trek w dolinę Markhi. Szlak ma długość ok. 90 km i prowadzi przez dwie przełęcze – Ganda La (4.870 m n.p.m.) i Gongmaru La (5.030 m n.p.m.). Po drodze mijamy małe wioski, stupy i ludzi pędzących stada bydła.

Markha Valley

W sezonie na całej trasie działają tzw. tea house’y, w których można się napić herbaty i coś przekąsić. Widać, że w lecie przewija się tu sporo ludzi. Teraz jednak wszystko jest już pozamykane, na szlaku spotyka się niewiele turystów a miejscowi są zajęci pracą przy żniwach.

Markha Valley

Trasę kończymy popołudniu, piątego dnia w Shang Sumdo. Jedyny autobus do Leh odjeżdża o 8 rano, więc liczymy się z koniecznością spędzenia jeszcze jednej nocy pod namiotem. Ku naszej radości, w wiosce jest już kilku turystów, którzy zamówili autobus. I tak półtorej godziny później siedzimy w naszej ulubionej restauracji wcinając momo’sy (coś jak pierogi nadziewane warzywami i serem – pycha), miła odmiana po pięciu dniach jedzenia chińskich zupek.
Pokonanie szlaku zajęło nam 5 dni, a nie 7-8 jak sugerują w przewodnikach i agencjach turystycznych, więc chyba z naszą kondycją nie jest tak źle :-)

Markha Valley

koniec sezonu

Mieszkamy u bardzo miłej ladakh’iej rodziny, nie mają żadnych innych gości, także jesteśmy tylko my i oni. Mamy pokój z widokiem na góry i nieduży ogródek. Tu sezon się już skończył, także jest niewielu turystów, a ceny są niższe. Magdę martwi jedynie to, że wraz z turystami wyjeżdżają sprzedawcy pamiątek, niektórzy do Nepalu a inni na Goa (gdzie właśnie zaczyna się sezon). My zabawimy tu z pewnością do końca miesiąca; jest to nasz pierwszy tak długi przystanek.

Ladakh

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w dolinie Nubry – jakieś 80 km od Leh. Droga do Nubry wiedzie przez przełęcz Khardung La na wysokości – bagatela 5.606 m n.p.m. – tym razem jest to najwyższa na świecie przełęcz dostępna do ruchu zmotoryzowanego. Widoki oczywiście bajeczne!

Ladakh

Ladakh

Dzisiaj o 6 rano wybraliśmy się do klasztoru Thiksey, żeby zobaczyć poranne modlitwy; tutaj, podobnie jak w Syczuanie dominuje buddyzm tybetański.

Ladakh

Ladakh

Ladakh

P.S.
Pojutrze idziemy na 7 dni w góry, więc kolejny wpis dopiero w przyszłym tygodniu.

‘Witamy w raju Indii’ – Ladakh

Trasę z Manali do Leh (485 km) zwykły autobus pokonuje w dwa dni. My decydujemy się na minibusa i wariant jednodniowy; oprócz nas jedzie jeszcze 5 turystów. Jedynym mankamentem jest to, że trzeba wyruszyć już o godz. 2 w nocy. Droga zaczyna się mozolną wspinaczką na pierwszą przełęcz – Rohtang La (3.978 m). Jest bardzo zimno, na szczytach leży świeżo-spadły śnieg; z wytęsknieniem czekamy na wschód słońca. Około dziewiątej zatrzymujemy się na śniadanie – chapati i dal (podpłomyki + sos), a do picia chai (bardzo słodka herbata z mlekiem); około 15 na podobny obiad.

Ladakh

W pewnym momencie mijamy znak – ‘ Welcome in paradise of India’ – wjeżdżamy do Ladakh. Dzisiaj jest 15 września, czyli ostatni dzień, kiedy droga jest oficjalnie otwarta i odśnieżana, później wszystko zależy od pogody (zazwyczaj od połowy października do lipca jest nieprzejezdna). Ostatnie promyki słońca podziwiamy z przełęczy Taglang La (5.260 m), jest to druga na świecie co do wysokość przełęcz dostępna do ruchu zmotoryzowanego. Do Leh docieramy około godz. 21, czyli po 19 godzinach jazdy. Trasa, którą przejechaliśmy jest niesamowita – jedna z najlepszych jakie widzieliśmy podczas naszej całej podróży, widoki przepiękne!

Ladakh

Ladakh

Ladakh

Ladakh

Ladakh

Indie

Po dotarciu do Delhi ruszamy na północ do regionu Himachal Pradesh. Chcemy zobaczyć dolinę Kinnaur i Spiti, a także znajdujące się tam klasztory. Jednak nasze plany pokrzyżowała pogoda, od trzech dni pada non – stop (mimo, iż monsun powinien był się skończyć z końcem sierpnia) drogi są nieprzejezdne, zostały zablokowane przez spadające głazy. Utknęliśmy w Shimli…

India

India

India

wyspa Tioman

Po Chinach Malezja wydała nam się rajem – nikt się nie pcha, nie pluję, jest czysto i prawie wszyscy mówią po angielsku. Oczywiście nadal jest to Azja, ale różnica jest naprawdę ogromna. W Kuala Lumpur złożyliśmy wnioski o wizę do Indii i wyjechaliśmy na wyspę Tioman, aby na parę dni oddać się błogiemu lenistwu. Wynajęliśmy domek na plaży, leżąc w łóżku słyszeliśmy szum morza, rano podziwialiśmy wschód słońca…Pogoda była w kratkę, ale nam to nie przeszkadzało.

Malaysia

Malaysia

bezdroża

Ostatni tydzień spędziliśmy głównie w różnych busach na wyboistych drogach północno-wschodniego Syczuanu. Widoki za oknem przepiękne – ośnieżone szczyty gór, porośnięte trawą wzgórza, ciągną się po horyzont łąki, małe wioski z tradycyjnymi, tybetańskimi domami; droga koszmarna – przejechanie 100 km zajmuje 4-5 godzin. Dodatkowo, zawsze istnieje problem z biletami autobusowymi, których brak. Bilety trzeba kupić dzień wcześniej (najlepiej czekać rano jeszcze przed otwarciem okienka), Chińczycy pchają się niemiłosiernie. Zdarzyło nam się, że kasjerka nie sprzedała biletów ‘białym’, chociaż byli pierwsi w kolejce (wśród nich my), tylko swoim rodakom (bocznym wejściem), a dla nas już ich nie było. Generalnie jesteśmy dość mocno zmęczeni Chinami; tutaj załatwienie czegokolwiek przychodzi z trudem. Mamy rozmówki, słowniczek, pokazujemy słowa, tłumaczymy na migi i nic – nie pojawia się nić porozumienia, niektórzy ludzie jakoś nie łapią o co nam chodzi (wcześniej podczas naszej podróży nigdy nie mieliśmy z tym kłopotów).

Ganzi

Around Ganzi

Around Tagong
Okolice Tagong

‘tashi dele’ – hello!

Planowaliśmy przejechać z Chin przez Tybet do Nepalu. Jednak w marcu tego roku władze w Pekinie jeszcze bardziej obostrzyły zasady poruszania się po Tybecie przez obcokrajowców (już wcześnie było wymagane szczególe pozwolenie na wjazd do tego regionu). Oczywiście wszystko to pociągnęło za sobą wzrost kosztów podróży. Obecnie w Tybecie można poruszać się tylko z przewodnikiem. Generalnie cały pobyt musi być załatwiony przez agencję turystyczną. Dzienny koszt podróży i pobytu w Tybecie to ok. 100 USD na osobę – dla nas zbyt wysoki; dlatego postanowiliśmy dojechać najbliżej jak się da do granicy z Tybetem a później polecieć do Malezji, a stamtąd do Indii. Ten wariant jest najtańszy, no i będziemy mieć kilka dni na plaży, czekając na wizy do Indii.
Litang jest malowniczo położone na rozległym płaskowyżu wśród gór. Większość mieszkańców miasteczka to Tybetańczycy – ciekawie ubrani i bardzo pogodni.

Litang

Litang

Litang

Już pierwszego dnia zwiedzamy tybetański klasztor górujący nad miejscowością, po którym oprowadza nas jeden z mnichów.

Litang

Litang

Kolejne dni spędzamy wędrując po okolicy i odwiedzają mieszkających w namiotach Tybetańczyków; chociaż żyją bardzo skromnie to są niesamowicie gościnni. Zapraszają nas do swoich domów, częstują mlekiem jaka, herbatą i czymś zbliżonym do owsianki.

Litang

Litang

Litang

Litang

Litang

Litang

Litang