Z powodu kłopotów żołądkowych Magdy (sytuacja już opanowana, choć została awersja do tutejszej kuchni) noc na pustyni zamieniamy na nocny pociąg do Mumbai’u. Zatrzymujemy się w turystycznej dzielnicy Colaba – oprócz cen to przez trzy lata niewiele się zmieniło.
Ostatnie dni podróży upływają nam pod znakiem lenistwa – uciekamy przed upałem do klimatyzowanych kawiarni, kina, robimy zakupy, niewiele zwiedzamy…Byliśmy już tu wcześniej, więc czujemy się usprawiedliwieni
W Delhi znajdujemy przyzwoity pokój w dzielnicy Paharganj, co nie jest sprawą prostą, gdyż zazwyczaj tańsze noclegi tutaj są dość obskurne. Dodatkowo udaje nam się kupić bilety na pociąg do Jodhpuru już na następny dzień. Wszystkiego dopełnia rewelacyjny deser w knajpce „Big Chill” na Khan Market; tym razem krótki pobyt w Delhi jest całkiem przyjemny.
Nocnym pociągiem docieramy do Jodhpuru. Stare miasto ma swój urok: plątanina wąskich uliczek, pomalowane na niebiesko domy (przypominają Maroko i Szefszawan) i górujący nad nimi olbrzymi fort. Jedyny minus to okropny upał.
Nasz plan na następne dni to kilka dni w Jodphurze, kilka w Jaisalmerze, noc na pustyni, Mumbai i wracamy…
Ogromna komercjalizacja Nepalu oraz brak sił i chęci na kolejne piesze wędrówki sprawia, że zamiast w góry kierujemy się z powrotem do Indii w stronę Radżastanu. Ponownie odwiedzamy Varanasi, gdzie łapiemy pociąg do Delhi.
Nepalskie drogi i autobusy pozostawiają bardzo wiele do życzenia – odległości pokonuje się tu w żółwim tempie a autobusy są załadowane do granic możliwości (na dachu jedzie tyle samo albo nawet więcej pasażerów co w środku). Do początku szlaku w miejscowości Shyapru Besi docieramy cali poobijani, po bagatela 10 godzinach jazdy (jakieś 140 km). Wybraliśmy Lantang trek, głównie ze względu na jego niewielką długość i dostępność noclegów po drodze. Nie mamy już energii na dłuższe wędrówki i dźwiganie całego sprzętu biwakowego. Rejon Lantang oraz Everest i Anapurna to jedne z najbardziej turystycznych i najłatwiej dostępnych terenów górskich. Rzeczywiście na szlaku mijaliśmy sporo turystów, a większość z nich z przewodnikami i tragarzami. Jednak ci wcale nam nie przeszkadzali i nie było aż tak tłoczno jak np. latem w Tatrach. To co nas bardzo zszokowało to astronomiczne ceny jedzenia na szlaku (prawie 1 USD za jedno jajko) i średnio mili lokalni ludzie, którym zależy tylko na pieniądzach. Jednym słowem wycieczka przyjemna, ale bez rewelacji.
Dotarcie z Varanasi do Katmandu zajmuje nam prawie dobę. Lokujemy się w turystycznej dzielnicy Thamel, która przypomina Khao San z Bangkoku; wszędzie pełno kramów z pamiątkami, biur podróży, hoteli i restauracji. Cenny dużo wyższe niż w Indiach, a przecież nepalska rupia jest słabsza niż indyjska; z drugiej strony co się dziwić, w końcu jesteśmy tu w szczycie dość krótkiego sezonu. Mamy nieodparte wrażenie, że tutaj liczą się tylko i wyłącznie pieniądze, które każdy stara się z nas wycisnąć na każdym kroku.
Z mieszanymi uczuciami kierujemy się jutro w góry – może tam odnajdziemy tą lepszą stronę Nepalu…
P.S.
Następny wpis po powrocie do Katmandu czyli za jakieś 8-15 dni.
Varanasi to dla Hindusów święte miejsce; przybywają tu z całych Indii, aby zażyć oczyszczającej kąpieli w świętej rzece Ganges lub też skremować i oddać rzece prochy swoich bliskich. Już drugi dzień z rzędu zrywamy się jeszcze przed świtem (5 rano!) i ruszamy nad rzekę. Położenie ghat’ów (schody schodzące do rzeki, używane do kąpieli) na zachodnim brzegu sprawia, że to właśnie o wschodzie jest tu najładniej, a poza tym po godzinie 8 upał staje się nie do zniesienia.
Turysta w Varanasi nie ma lekkiego życia, gdyż ciągle jest przez kogoś zaczepiany – przejażdżka łodzią, świeczka, pocztówka… ‘Hello, I am here. You want a boat? – No. – Maybe tomorrow…?’ I tak gra się toczy, turyści wymyślają coraz to nowe powody, dla których czegoś nie kupią a sprytni sprzedawcy powody, dla których dana rzecz jest nam niezbędna. Jednak nam to nie przeszkadza. Najzabawniejsze są dzieci, które od jednych turystów wyłudzają obce monety, tylko po to, żeby u kolejnych wymienić je na rupie – są dobrze zorientowane w kursie euro
Jeep do Srinagaru w agencji turystycznej kosztuje 1.600 rupii od osoby (ok. 32 USD); jeep jest ponoć bezpieczniejsza formą transportu niż autobus. Nam jednak znajomy ze sklepu z torebkami (w końcu jesteśmy w Leh już jakiś czas, a miasteczko nie jest duże) pomaga załatwić przejazd bezpośrednio u kierowcy za 1.200 rupii od osoby. Niestety większość jeep’ów pokonuje tą widokową trasę w nocy (14 godzin jazdy). Jedynym plusem jest to, że do Srinagaru docieramy przed południem i spokojnie możemy poszukać noclegu. Srinagar słynie z noclegów na barkach tzw. ‘houseboat’. Większość z nich znajduje się na jeziorze Dal, my ostatecznie decydujemy się na barkę na rzece Jhelum, która zacumowana jest przy brzegu (jej wnętrze bardzo nam się podoba), więc nie musimy za każdy razem korzystać z shikhary (wodnej taksówki), aby dostać się na stały ląd. Sam Srinagar nie robi na nas takiego wrażenia jak oczekiwaliśmy, mimo wszystko można tu przyjemnie spędzić 1-2 dni. Pomimo, że od trzech lat w Kaszmirze obowiązuje zawieszenie broni to na ulicach wciąż pełno jest patroli wojskowych oraz zasieków, a co ważniejsze budynki są mocno obwarowane, gdyż nadal dochodzi tu do zbrojnych incydentów.
Ze Srinagru lecimy do Delhi i jeszcze tego samego dnia łapiemy pociąg do Varanasi.
Ostanie dwa dni w Ladakh spędzamy nad jeziorem Tsomori. Chociaż udaje nam się znaleźć tylko dwie osoby do dzielenia kosztów taksówki, a pokonanie drogi z Leh zajmuje nam 7 długich godzin to krajobrazy wszystko rekompensują – przypominają trochę te z okolic altiplano w Boliwii. Noc spędzamy w przyjemnej wiosce Korzok nad brzegiem jeziora.
Po powrocie do Leh spotykamy kolejnych Polaków, w sumie 10 osób z Polski w ciągu dwóch tygodni – wyjazdy do Ladakh muszą być w kraju dość modne
Wykupienie treku w agencji turystycznej w Leh kosztuje ok. 60 USD od os. za dzień. Agencja zapewnia konie tj. transport bagażu, ekwipunek typu namiot, karimaty itp., wyżywienie, przewodnika, czasem nawet przenośną toaletę
. Można jednak wszystko zorganizować samemu dużo niższym kosztem. Oczywiście najtańszą opcją jest zarzucenie plecaka wraz z całym sprzętem na plecy i wyruszenie z mapą w ręku, co ostatecznie przy kilkudniowej eskapadzie i dużych wysokościach jest to dość wyczerpujące. Można też wynająć przewodnika lub iść z małym plecaczkiem i korzystać z homestay, czyli noclegów oferowanych w wioskach przez mieszkańców. My zdecydowaliśmy się na wynajęcie koni (do niesienia sprzętu biwakowego) wraz z poganiaczem – ‘ponyman’ i spanie pod namiotem. Znalezienie tanich koni nie jest łatwą sprawą. Większość agencji oferuje 3-4 konie (nie mniej!), a cena za jednego wahała się od 250 do 500 rupi za dzień ( 5 – 10 USD). W końcu udało nam się wynająć tylko dwa konie za 220 rupi od sztuki.
Na początku trasy czeka na nas nasz ‘ponyman’ – Tybetańczyk Thundup wraz z dwoma końmi, ładujemy bagaż i ruszamy na trek w dolinę Markhi. Szlak ma długość ok. 90 km i prowadzi przez dwie przełęcze – Ganda La (4.870 m n.p.m.) i Gongmaru La (5.030 m n.p.m.). Po drodze mijamy małe wioski, stupy i ludzi pędzących stada bydła.
W sezonie na całej trasie działają tzw. tea house’y, w których można się napić herbaty i coś przekąsić. Widać, że w lecie przewija się tu sporo ludzi. Teraz jednak wszystko jest już pozamykane, na szlaku spotyka się niewiele turystów a miejscowi są zajęci pracą przy żniwach.
Trasę kończymy popołudniu, piątego dnia w Shang Sumdo. Jedyny autobus do Leh odjeżdża o 8 rano, więc liczymy się z koniecznością spędzenia jeszcze jednej nocy pod namiotem. Ku naszej radości, w wiosce jest już kilku turystów, którzy zamówili autobus. I tak półtorej godziny później siedzimy w naszej ulubionej restauracji wcinając momo’sy (coś jak pierogi nadziewane warzywami i serem – pycha), miła odmiana po pięciu dniach jedzenia chińskich zupek.
Pokonanie szlaku zajęło nam 5 dni, a nie 7-8 jak sugerują w przewodnikach i agencjach turystycznych, więc chyba z naszą kondycją nie jest tak źle
Mieszkamy u bardzo miłej ladakh’iej rodziny, nie mają żadnych innych gości, także jesteśmy tylko my i oni. Mamy pokój z widokiem na góry i nieduży ogródek. Tu sezon się już skończył, także jest niewielu turystów, a ceny są niższe. Magdę martwi jedynie to, że wraz z turystami wyjeżdżają sprzedawcy pamiątek, niektórzy do Nepalu a inni na Goa (gdzie właśnie zaczyna się sezon). My zabawimy tu z pewnością do końca miesiąca; jest to nasz pierwszy tak długi przystanek.
Ostatnie dwa dni spędziliśmy w dolinie Nubry – jakieś 80 km od Leh. Droga do Nubry wiedzie przez przełęcz Khardung La na wysokości – bagatela 5.606 m n.p.m. – tym razem jest to najwyższa na świecie przełęcz dostępna do ruchu zmotoryzowanego. Widoki oczywiście bajeczne!
Dzisiaj o 6 rano wybraliśmy się do klasztoru Thiksey, żeby zobaczyć poranne modlitwy; tutaj, podobnie jak w Syczuanie dominuje buddyzm tybetański.
P.S.
Pojutrze idziemy na 7 dni w góry, więc kolejny wpis dopiero w przyszłym tygodniu.
































